W "O dobru" Monika Strzępka i Paweł Demirski łapią widza w pułapkę wzruszenia, żeby brutalnie nim potrząsnąć. Czy uda się wskrzesić wspólnotę? Czy teatr może jeszcze wzruszyć? I czy może zmienić świat? – pytają.

Jeśli chodzi o wzruszenie, Strzępka i Demirski badają teren ostrożnie, wystrzegając się skoku na główkę, jako liny ratunkowej trzymając się mocno ironii. I tą drogą prowadzą publiczność, która jest zmuszona wraz z artystami balansować jak na linie – jeden nieostrożny krok może skierować nas w ślepą uliczkę. Rysując ostrą kreską, Strzępka i Demirski nie oszczędzają samych siebie. Całość zaczyna się od wystąpienia zawstydzonych aktorów, którym nagradzany duet realizatorów, zamiast kolejnego festiwalowego spektaklu, zgotował warsztatową niedoróbkę. Mija pięć minut i artyści wychodzą do ukłonów. – W końcu się noga powinęła, co? – pyta Agnieszka Kwietniewska. No bo w mieście, którego nie pociągnął za sobą odnoszący sukcesy teatr, trzeba wreszcie zrobić przedstawienie na jego miarę, ostentacyjnie nieudane – tak dla równowagi.

Ale to tylko zmyłka, bo za chwilę Mirka (Mirosława Żak) tupnie nogą i powie, że jednak spróbują jeszcze raz. Na złość, na przekór, na pohybel tym, co mówią, że tu nic nie może się udać. Krzywemu zwierciadłu przeciwstawiają alternatywny świat, w którym aktor przytula się do widza, a ten odwdzięcza się jajecznicą, gdzie Amy Winehouse (genialna Kwietniewska), wypchniętą na scenę w Belgradzie przez bezlitosną Sony Music Entertainment (Mirosława Żak), przed upadkiem i śmiercią uratuje publiczność, martwego uda się wskrzesić, a ogień wykrzesać, używając dwóch kamieni.

Już, już zaczynamy wierzyć w tę naiwną wizję, kiedy obraz wywraca się do góry nogami, odsłaniając swój rewers. Tutaj słynny dziennikarz śledczy Carl Bernstain (Andrzej Kłak), ten od afery Watergate, będzie umierał od raka, który toczył jego Amerykę, a pod oknami szpitala wcale nie zgromadzi się tłum, żeby go wesprzeć. Gotowanie zupy dla pacjenta stanie się pustym, nikomu niepotrzebnym gestem, no i okaże się, że z całą tą Watergate było zupełnie inaczej, a nawet jeśli udało się na chwilę zmienić świat, to co z tego, skoro nikt nie odrobił porządnie tej lekcji. W efekcie Bernstein umiera na naszych oczach, a grający go Andrzej Kłak boi się otworzyć kopertę z badaniami, które zrobił podczas prób do spektaklu. Czyli koniec? Niekoniecznie – w teatrze rzeczywistość można zaczarować, odsunąć to, co nieuchronne. Wystarczy wyjść na zewnątrz, razem popatrzeć w ogień i zaśpiewać jednym głosem.

W międzyczasie twórcy spektaklu zapraszają nas do udziału w zbiorowej terapii. Miejsce? Prowincjonalny Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, może ten wałbrzyski, może jeden z setek podobnych, rozsianych po całej Polsce. Uczestnicy? Wszyscy ci, którzy nie radzą sobie w nowej rzeczywistości po transformacji. Cel? Odnaleźć się emocjonalnie i przestać tęsknić za starymi, dobrymi czasami. Kim są nieprzystosowani? To dziennikarze "Gazety Wyborczej", którzy z łezką w oku wspominają lata 90., pracownicy wielkich korporacji i zwykli ludzie, którzy wpadli w pułapkę kredytów. Ale też wojownicza reżyserka, która nie potrafi wykorzystać czasu na radiowej antenie i zamiast powiedzieć coś z sensem, plecie bez ładu i składu o zniewoleniu przez playlistę. Albo stołeczna intelektualistka, która Grekom pieniędzy pożyczać nie chce, chociaż żal jej sałatki z fetą.

Nieprzystosowani to według Demirskiego i Strzępki wszyscy ci, którzy horyzonty myślowe mają zbyt wąskie, którym egoizm odebrał umiejętność życia we wspólnocie, a wygodnictwo i ociężałość odwagę, pozwalającą na bunt przeciwko systemowi, którym rządzą skorumpowani politycy i zachłanni bankierzy.

Czy da się wskrzesić tę wspólnotę? – pytają Strzępka i Demirski. Nie dają odpowiedzi wprost, jednak ich spektakl jest tęsknotą za nią przepełniony. Kiedy publiczność gromadzi się z aktorami przy ognisku, a owinięta w koc Agnieszka Kwietniewska recytuje zapisy nowej konstytucji, w których jest mowa o prawie do godnego życia, informacji, kontroli władzy i równości materialnej, to ideologiczne przesłanie spycha na dalszy plan pragnienie bycia razem, w szczerym, przyjaźnie falującym tłumie, blisko siebie, wspólnie w płaczu i śmiechu. Skoro udaje się odnaleźć tę siłę w teatrze, dlaczego nie ponieść jej dalej? – takie pytanie unosi się nad finałem "O dobru".

Magda Piekarska
9 maja 2012
Gazeta Wyborcza Wrocław