To nie jest biały wieloryb
To jest biały Bóg
„Moby Dick”

Motyw morskiej wyprawy i romantycznego, pełnego desperacji bohatera, skłóconego z resztą świata występował w literaturze, np. „Lord Jim” Josepha Conrada czy właśnie „Moby Dick”. Istnieją co najmniej dwie filmowe wersje książki Hermana Melville’a , kultowa z 1969 roku z Gregory Peckiem jako demonicznym kapitanem Ahabem oraz nieco komercyjna i nastawiona na sensację z 2010 roku, w konwencji „Słonecznego patrolu”. Wgłębiłam się też w samą książkę osnutą na filozofii wielorybników, rozważaniach biblijnych, które przeplatają akcje polowania na tytułowego morskiego potwora przez dzielną załogę statku „Pequod”.

Już po premierze mogę powiedzieć, że twórcy najnowszego wałbrzyskiego spektaklu stworzyli nową jakość „białego wieloryba”, dzieło wykraczające daleko poza ramy wyżej wymienionych obrazów i książki. Choć nie brakuje też w nim oczywiście elementów akcji „żywcem” przeniesionych z filmu, jak polowanie na wieloryby czy zaciąganie się „nowych” do załogi Pequoda, to cała surrealna nadbudowa przedstawienia w reżyserii Macieja Podstawnego sprawia, że odnajdujemy w nim aktualne, nowe sensy, nie stroniące nawet od politycznych komentarzy.

Sceny zbiorowe zaś są właśnie jego mocną stroną, aktorzy (większość zespołu) odnajdują wspólny rytm, jako zgrana załoga nadają scenom żywiołowość i dynamizm. Mamy wręcz wrażenie uczestniczenia w prawdziwym rejsie, rozlegają się siarczyste okrzyki majtków, rozkazy oficerów czy świetna, siermiężna, ociekająca krwistym keczupem scena preparowania rybiego mięsa przez jednego z marynarzy ( rubaszny, wyrazisty Filip Perkowski). Ale nie o kulinaria bynajmniej tu chodzi, nawet nie o fanatyczne polowanie zaciętego kapitana Ahaba ( charyzmatyczny Rafał Kosowski) na grubego zwierza, bo wszak pada w sztuce pytanie „Czy wieloryb jeszcze jest rybą czy już nie ?” Wraz z twórcami idziemy dużo dalej, pojawiają się osoby z pogranicza światów, nie pasujące do reszty załogi. Jeden z konceptów spektaklu to wstawianie w rolę aktorów wbrew warunkom, i tak demoniczny Dzikus, Queequeg jest odtwarzany przez kobietę ( egzotyczna i mocno Gombrowiczowska Karolina Krawiec), delikatny i neurotyczny Rafał Kosowski został liderem, prowadzącym załogę na zagładę. Zabieg ten się sprawdza, wzbogaca charakterystyczne postacie, którym groziłaby inaczej jednowymiarowość. Ciekawą rolę spełniają też postacie niejako z didaskaliów, prorocy jak Ojciec Mapple ( demoniczno – sarkastyczna Andżelika Cegielska), symbolizujące superego bohaterów, sumienie przypominające o powinnościach „dobrego chrześcijanina”. Niestety ten głos rozsądku zostaje zagłuszony przez ślepe instynkty, prowadząc postacie do zagłady. Jedną z ciekawszych i nieodgadnionych kreacji stwarza Roksana Lewak, przełamując swą eteryczną, prześwitującą osobowość sarkastycznymi uwagami i anegdotami o moralności, sprawiedliwości i samotności ( genialny wywód o sądzie nad kleszczem). Cierpi, wydając z siebie dźwięki smutnego wieloryba, oskarżającego ludzkość o terror i dominację w świecie przyrody. Świetna jest właśnie ta warstwowość realizacji, nakładanie na siebie różnych światów, trochę szekspirowskie, trochę postmodernistyczne. Monstrualna noga kapitana oddemonizuje jego mrok i tragiczność, czyni z niego postać z kreskówki.

W sosie współczesnej popkultury pływa już prawie wszystko, obok szlachetnych ryb, śmieci, atrapy, nic nie jest do końca straszne i nic nie jest do końca śmieszne. Pominęłabym jedynie aspekt polityczny przedstawienia, nie jestem zwolenniczką dokonywania takich sądów i komentarzy w sztuce, świat jest od dawna globalną wioską i wszędzie te mechanizmy wyglądają podobnie i podobnie szybko dewaluuje się ich znaczenie. Odjęłabym więc z wałbrzyskiej premiery zbędny sztafaż wzięty z ostatnich wyborów amerykańskich, rozumiem jednak intencje twórców w szukaniu wzorców łamania demokracji. Gdyż właśnie o niej jest ta sztuka, o tej w skali makro: społeczeństw, narodów, ale również tej w skali mikro, prywatnej demokracji człowieka, której łamanie obrazuje tragiczna postać Starbucka (moim zdaniem Włodzimierz Dyła stworzył wybitną drugoplanową kreację, skłóconego z samym sobą, smutnego i skromnego pierwszego oficera). To właśnie z jego postacią zostałam na długo po wybrzmieniu owacji, z jego przenikliwością i mądrością. On jeden przestrzega okrutnego Ahaba, co dzieje się, kiedy człowiekiem kieruje chęć zemsty i alogiczna iluzja morderczej władzy nad ludźmi i naturą.

Innym zaskoczeniem będzie dychotomia narratora opowieści Izmaela, dwóch aktorów odtwarza go z różnych perspektyw. Sara Celler – Jezierska jako aktywny członek załogi, naiwny i prosty oraz Michał Kosela, mocno skupiający na sobie uwagę, spełniający rolę gawędziarza, niosącego nurt opowieści. Płyniemy przez prawie trzy godziny z załogą Pequoda, pośród chóralnych, oceanicznych dźwięków, by z dystansu spojrzeć na brzeg współczesnego świata. To potrzebny i mądry rejs, pełen komizmu: filozoficzno – farsowe pogawędki drugiego oficera (konserwatywnie zadufany Piotr Mokrzycki) z okrętowym kucharzem (Irena Wójcik) i tragedii absurdu: bezsensowna pogoń za kaszalotem kończy się katastrofą statku.

Na końcu zostaje pytanie, kto lub co może stać się dla każdego z nas białym wielorybem, gorzej, jeśli ta osoba jest odpowiedzialna nie tylko za siebie. W tym momencie lepiej znaleźć się jak Jonasz w brzuchu ryby i przeczekać najgorsze.

Justyna Nawrocka
Dziennik Teatralny Wałbrzych
18 stycznia 2017