Przestrzeń Sceny Kameralnej podzielona została na dwie części. Jedna imituje piwnicę, w której zamknięta została Super Super – aktorka, serialowa gwiazdka. Uwięziona przez chłopaka, wygłasza swój monolog do kamery i widzów. Mówi o kobiecości, braku zainteresowania ze strony kogokolwiek i czeka na jakąś reakcję publiczności. Drugą część natomiast zajmują przyjaciółki – Ciąża, Nudziara i Sprintera. Niczym czechowowskie „Trzy siostry” daremnie pragną wyrwać się z czterech ścian nudy i marazmu, krzycząc: „Do Moskwy!”. Pomiędzy dwiema przestrzeniami krąży on – chłopak Super, mający stać się później ojcem dziecka Ciąży.

Trzy przyjaciółki, przebywające cały czas w swoim towarzystwie, są od siebie uzależnione, a równocześnie chcą się uwolnić od tak ścisłych wzajemnych relacji. Nudziara owija się kocem, Sprintera uprawia jogging w mieszkaniu, a Ciąża zastanawia się nad tym, kto mógłby zostać ojcem jej „kulki”. Niewiadomo bowiem z kim zaszła w ciążę. Okazuje się, że Super Super też kiedyś mieszkała z nimi, ale teraz robi karierę w show-biznesie i mogą oglądać ją tylko w telewizji.

Żeby przerwać trwająca stagnację Nudziara i Sprintera pragną szybko znaleźć jakiegoś „tatusia” dla dziecka Ciąży. Jest to jednak niezwykle trudne, bo Bohaterki nie wychodzą z domu. Upragniony facet w końcu sam puka do ich drzwi. Nie jest nim jednak mężczyzna idealny. To sadystyczny chłopak Super, od którego udało jej się uwolnić, a który teraz postanawia zamieszkać z kobietami. Gwałci Nudziarę, po czym oświadcza się Ciąży. Jego pojawienie się rozbija więc dotychczasowy porządek i zmusza kobiety do podjęcia działania. W ich domu pojawia się dawna przyjaciółka i razem, niczym Aniołki Charliego, postanawiają unicestwić mężczyznę. Zabiją go i… Spektakl się kończy. Urwany, bez puenty. Tak jakby momentami gorzkie, momentami ironiczne dialogi Bohaterek zostały skwitowane sceną z tandetnej komedii.

Wałbrzyskiemu przedstawieniu wyraźnie brak jakiejkolwiek odkrywczej tezy. Ewelina Marciniak ukazuje samotne kobiety, rozpaczliwie szukające bliskości, które wykorzystuje „zły Pan”, a one muszą stawić mu czoła, w myśl zasady: „Co mnie nie zabije to mnie wzmocni”. Ich „aktywność” jest niestety bierna. Niczym starożytny deus ex machina na scenę wkracza Super i wraz z psiapsiółkami likwidują intruza. Jej postawa przywołuje na myśl bardzo medialny ostatnio konflikt Katarzyny Figury i jej męża, aktorki, która po kilkunastu latach milczenia postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i zbuntować się przeciwko partnerowi-tyranowi.

Nic z tego, dla nas – widzów, jednak nie wynika. Z Bohaterek wyłania się obraz kobiet infantylnych, a nie kobiet-Heroin. Ponadto spektaklowi brakuje spójności lub całkowitej dekonstrukcji oraz rozwinięcia wątków. Ogląda się to przedstawienie raczej jako zbiór sytuacji czy gagów z show-biznesem w tle.

Na szczęście są jeszcze aktorzy. W tym punkcie ekipa z Szaniawskiego nie zawiodła. Przeciwnie. Sprawili, że mimo braku interesującej historii, publiczność bawiła się bardzo dobrze. Dzięki Mirosławie Żak, chwilami zabawnej, chwilami przejmująco sarkastycznej, nawet średniej jakości dowcipów słuchało się z wielką przyjemnością. Pozostałe aktorki – Małgorzata Białek, Małgorzata Łakomska i Agnieszka Żulewska, stworzyły postacie wyraziste, odpowiadające danemu typowi Bohaterki, ale, co najważniejsze, nieprzerysowane. Całości dopełniła kreacja Filipa Perkowskiego, który potrafił urok osobisty przekuć w swoiste okrucieństwo.

Teatr dla Was
Aleksandra Skorupa