Cztery dziewczyny i cztery różne twarze lub odcienie kobiecości. Ciąża (Mirosława Żak), Sprintera (Małgorzata Białek), Nudziara (Małgorzata Łakomska) i Super (Agnieszka Żulewska). Cztery dziewczyny i cztery bohaterki – nieważne czy z serialu, filmu czy z bajki. Są różne wariacje tej samej konstelacji: Carrie, Samantha, Miranda i Charlotte. Albo w zaktualizowanej wersji: Hanna, Jessa, Marnie i Shoshanna. Ale też: Irina, Masza, Olga i Natasza Czechowa. I jeszcze: Erna, Greta i Maryjka Schwaba. Była też „Czarodziejka z Księżyca” z całym zespołem Sailor Senshi oraz „Atomówki”. Każda z osobną – choćby nawet rysunkową – psychologią i biografią, atrybutami oraz nawykami. Tylko ich oczekiwania spotykają się we wspólnym, męskoosobowym mianowniku.

Przestrzeń gry w „Bohaterkach” to ograniczony dwiema złączonymi pod kątem ostrym ścianami narożnik. Ring, z którego nie ma wyjścia. Może wybieg. Zaprojektowany przez Martę Stoces i Julię Porańską świat przecięty na pół, dopiero z widownią zaczyna tworzyć pełną przestrzeń teatralnego zdarzenia. Nabiera trójwymiaru. Prócz zamrażarki na wódkę, kołdry rzuconej gdzieś w tyle i akwarium z karasiem w roli złotej rybki nie ma tu nic więcej. Wszędzie beton. Urwane ściany ujawniają przekrój przez rzekomo stabilizujące ramy tego świata. Kiedy jednak zostaną częściowo zburzone w jednej z ostatnich sekwencji spektaklu, okaże się, że przed niczym nigdy nie chroniły.

Na betonowej podłodze rozlokowane zostały trzy bohaterki. Czwarta – superbohaterka Super – ma własną przestrzeń gdzieś z boku. Jej ekosystem to ciasna piwnica, w której przetrzymuje ją jej chłopak – On (Filip Perkowski). Może reżyser filmowy, może erotyczny sadysta. Obydwie przestrzenie łączą zamontowane wokół sceny ekrany, na których raz pojawia się Super, innym zaś razem USG Ciąży. On kręci filmy z Super w roli głównej, obiecując jej lepszą przyszłość. Niezależnie od tego, jaki jest target, Super już go nie kocha. Już go nie chce. Problem w tym, że On jej nie słucha, że jej słowa wpadają w próżnię, bo nie są częścią tekstu, który przewiduje jej rola. Jej monologi przecinają świat betonowego pokoju: opierają się formie, nie ulegają językowej stylizacji i wylewają się daleko poza intencje rozpisanej przez Onego roli. Agnieszka Żulewska tworzy zresztą najciekawszą kreację w całym spektaklu. Może dlatego, że funkcjonuje na niejednoznaczym poziomie ekspresji i w rejestrze emocjonalnym o wysokiej czułości. Może dlatego, że generowane przez nią niuanse sensów łamią mocną kreskę ograniczającą pozostałe bohaterki. I może dlatego, że Super nie musi – jak pozostałe bohaterki – trzymać pionu ani formy, bo nikt jej nie widzi i nikt jej nie słyszy.

Dlaczego nie wyjedziesz?

Ciąża, Sprintera i Nudziara to bohaterki o bardzo mocnym rysunku. Od początku naznacza je ich aktywność lub bierność, kostium i wyznaczona trajektoria ruchu. Każda z nich dąży do pogłębiania obranego typu charakterologicznego, eksplorowania jego możliwości i umacniania jego granic bardziej niż do rozwijania wariacji osobowościowych. Ciąża jest w ciąży i składa się z kulek. Kok-kulka, brzuch-kulka i nieodłączne akwarium-kulka. Ciąża wie, z kim zaszła w ciążę, ale nie powie – oryginalny tatuś kulki ją uderzył, więc go zostawiła. Wie, że brzuch-kulka musi mieć tatusia, bo inaczej będzie patologią. Wie też, że w okrągłej stylizacji tatusia będzie ciężko znaleźć. Więc czeka. Czeka tak samo, jak czekają jej dwie przyjaciółki. Sprintera z ciałem pokrytym rysunkiem choreografii, którą uruchomi podczas spektaklu, jest wprawdzie w ciągłym ruchu, ale przypomina on raczej bieg chomika w kołowrotku niż świadome działanie. Sprintera biega kompulsywnie i bez celu, ale za to z pasją wobec samego procesu: „Ja przynajmniej biegam. Do Moskwy może nie dobiegnę, ale biegam”. Nudziara też do Moskwy nie dobiegnie. Przykryje się kołdrą i zniknie pod nią, wtulając się w róg pokoju. W szarych spodenkach i szarej koszulce będzie tak samo szara jak otaczający ją świat. Wszystkie trzy bohaterki czekają w szarym domu na pojawienie się mężczyzny. Może być nawet chłopiec. Może być jakikolwiek człowiek z testosteronem o większym stężeniu niż ich własny. Może być jakiś On na przykład… On pojawia się jak na życzenie: jest mało wyrazisty, nijaki, przeźroczysty. Właściwości będzie nabierał stopniowo w relacji z bohaterkami. Okaże się bowiem, że są one ofiarami w stadium latentnym i że potrzebują Onego, który odblokuje ich „ofiarność”. Tego samego Onego, który filmował Super, został przez nią porzucony i który teraz w rewanżu pojawia się w szarym domu. Tak się składa, że Ciąża akurat potrzebuje tatusia dla swojej kulki, a jej przyjaciółki nie spoczną, dopóki ta misja nie zostanie wykonana. On w trybie przyspieszonym zamieszkuje więc w betonowym domu: szybkie decyzje, zdecydowane gesty i poważne konsekwencje. Jedno- i dwuwymiarowe problemy, ujawniające siłę wyuczonych społecznie mechanizmów.

Groźne jest życie samotne

Ciąża mówi, że On lubi małe hardkory. Jego eksperyment z Ciążą, Nudziarą i Sprinterą ma charakter czysto antropologiczny: bada, jak daleko może się posunąć w imię ratowania brzucha-kulki i ruchomą, jak się okazuje, granicę przesuwa stopniowo w sadystycznym kierunku. To w tym momencie bohaterki wkraczają w rozdział drugi, w którego centrum staje testosteronowy mężczyzna z realistycznego i osłabiającego komiksowy rys porządku. I niestety jest to zdecydowanie najsłabsza część spektaklu. Może werystyczny format nie przełamuje komiksu, ale go neutralizuje? Może nie do końca dobrym kierunkiem jest fuzja Mike’a Stuntmana z „Death Proof” z modelem swojskiego chłopaka w odcieniu biało-czerwonym? Wobec mocnych i rozenergetyzowanych już w pierwszej – niemęskopłciowej – części spektaklu aktorek, Perkowski wypada raczej blado. Sztuczne dziary dodają mu tyle samo mocy, co ręce w kieszeniach podwórkowego donżuana. Kiedy On każe Nudziarze dotykać się i policzkować i kiedy cała pseudoerotyczna gra przeradza się w scenę gwałtu, to widz rozumie, że mocny obrysunek postaci i relacji nie wytrzymuje pod naporem rozsadzającego je od wewnątrz ładunku emocjonalnego. Ale czuje też, że gorzki rodzajowy ton bierze górę nad mocną komiksową koncepcją. I słyszy, że coś tu zgrzyta.

Złota rybka

Ciąża ma akwarium ze złotą rybką, które staje się metaforą emocjonalno-psychicznego położenia bohaterek. Wszystkie cztery utkwiły bowiem w sytuacji, z której nie mogą się wydostać i której opresyjności są aż nadto świadome. On zaś zajmuje się akwarystyką: wyjmuje rybkę Ciąży z akwarium i przygląda się, jak łapie powietrze. Rybka nie mówi, komunikacja zatrzymuje się więc na poziomie ruchowym. Kiedy karmi się rybkę, ta ustawia się pyszczkiem ku górze – to znak, że jest zniecierpliwiona. Kiedy wyjmie się rybkę z wody, odtwarza ona choreografię stresu. Kiedy wpuści się ją z powrotem do akwarium, zapomina o doświadczeniu sprzed chwili i znów zaczyna spokojnie pływać. Taki jest też świat „Bohaterek”, które jak Czechowowskie siostry będą powtarzały moskiewską mantrę, ale nie zbliży je to ani o krok do celu. Znajomy kontekst obiecuje bowiem w tym przypadku choćby ułudę stabilizacji, a jakakolwiek zmiana wytrąca z poczucia komfortu i wprowadza w życie element niepewności. Nic się przecież nie zmienia w betonowym domu poza tym, że wraca do niego Super. Odrzucona początkowo przez przyjaciółki z powodu cynicznych dokumentalnych pocztówek, jakie wysyłała z wielkiego świata, tym razem zostaje, by Onego zdemaskować i uratować przed nim Nudziarę i Ciążę. W piwnicy z początkowych sekwencji spektaklu ubrana była jeszcze w rajstopy i półprzezroczysty stanik – teraz ma na sobie outfit „Transformersa” i śniegowce.

W ostatniej scenie trzy bohaterki i superbohaterka spotykają się razem i na fali koncyliacyjnego wskazania wspólnego wroga zabijają Onego. Ekrany pokazują, jak jego wleczone po śniegu ciało zostaje wrzucone do dołu w ziemi. Kamera śledzi nogi w czerwonych szpilkach. Nic się w tym świecie nie zmienia. Cztery bohaterki (bo Super z przeszłością i po przejściach nie jest już przecież superbohaterką) znowu znajdują się w układzie współrzędnych, którym nie zachwiało jeszcze pojawienie się mężczyzny i wyjazd jednej czwartej dziewczyńskiego dreamteamu. Problem w tym, że poziom optymizmu w końcowym obrazie wydaje się dość niestabilny. Owszem, sisterhood działa, bywa skuteczny i rośnie w grupową siłę. I owszem, źle umotywowane i zmanipulowane pragnienia nie zawsze powinny się spełniać. Ale też nie zawsze przeterminowana równowaga i waloryzowanie tego, co oswojone, jest najlepszym wyborem. Bo w „Bohaterkach” wszystko, co znane, określa sekwencja: „Ciemność. Na wszelki wypadek płacz. Samotność…”

Po premierze pojawiły się głosy oskarżające spektakl o szowinistyczny wydźwięk. Potencjalne marzenie o „seksie w wielkim mieście” okazuje się tu jednak rozczarowaniem wywołanym przemocą jako zasadą powszechnie obowiązującą w betonowym świecie. Ostatnia scena spektaklu powoduje zaś, że w ogólnym wydźwięku „Bohaterki” przywodzą na myśl raczej „Thelmę i Louise” niż lukrowane chicklity i seksistowskie komedie romantyczne. Pojawiły się też zarzuty o jednowymiarowość wizji i opartą na gagach strukturę tekstu, ale komiks oraz bajka często bywają jednowątkowe i tracą głębię na rzecz wyrazistości przekazu. A ich bohaterki za każdym razem przezwyciężają strach, porzucają część swojego życia i dokonują istotnego wyboru. Istotny wybór Ciąży jest zaś taki, że na zły świat nie wyda swojej kulki. I że najpierw uodporni się na jego braki i nadmiary.

Anka Herbut
Dwutygodnik
03/2013