Przejdź do głównej treści
POWRÓT DO SPEKTAKLU: DRACULA
RECENZJA SPEKTAKLU

Śmieszno-straszny Dracula

Autor: Piotr Bogdański
•
Źródło: WieszCo

Kiedy prosiłem znajomych o podzielenie się opiniami, po obejrzeniu „Draculi” – najnowszego spektaklu w wałbrzyskim teatrze – najczęściej słyszałem „może być ale…”. Tu najczęściej padały takie określenia jak trochę nudny, za długi, bez klimatu. Niewzruszony, miałem nadzieję, że historia o legendarnym wampirze porwie jednak mnie. Tym bardziej, że losy Draculi są doskonale znane, chociażby z popularnych ekranizacji.

Najbardziej znaną zrealizował sam Francis Ford Coppola. Warto tu dodać, że powieść Brama Stokera z 1897 roku została wybrana do przełożenia na deski teatru Szaniawskiego przez uczestników otwartego głosowania. Biorąc to wszystko pod uwagę, miałem przekonanie, że mam do czynienia z samograjem – tylko go nie zepsuć. Po 150 minutach, spędzonych z XIX-wiecznymi wampirami i ich ofiarami, zrozumiałem, co mieli na myśli moi rozmówcy. Autorka adaptacji, dramaturgii i reżyserka – Zdenka Pszczołowska podeszła do ikonicznej powieści Brama Stokera zasadniczo klasycznie. Można by powiedzieć, że trzyma się fabuły i chronologii. Przypomnę, że powodem lawiny dramatycznych zdarzeń była wizyta Jonathana Harkera w zamku hrabiego Draculi w Transylwanii. Wkrótce po ucieczce z posiadłości wampira i powrocie do Londynu, umiera przyjaciółka jego narzeczonej – Lucy Westenra. Przyczyną śmierci jest utrata krwi. Z tego powodu tracą życie kolejne osoby – głównie dzieci. Po tych wydarzeniach zawiązuje się drużyna, w skład której wchodzą lekarze i Jonathan z narzeczoną Miną. Postanawiają dopaść Draculę – głównego wampira – by przerwać zło, jakie czyni na świecie. Spektakl zaczyna się od spotkania lekarzy nad martwym ciałem Lucy. Przez to główna część „Draculi” jest retrospekcją. I właściwie wszystko jest jak należy. Jest tajemniczo, trochę strasznie, dramatycznie, a na koniec pojawia się odrobina krwi. Ale jednocześnie, przez cały czas czuje się, że coś jest nie tak. Trudno jest „wejść” w spektakl na 100 procent. Dla mnie przeszkodą był na pewno brak atmosfery mrocznych czasów XIX wieku. Scena jest za bardzo oświetlona i obnaża puste, niewykorzystane przestrzenie. Trudno odnaleźć kameralność. Muzyka kompozytora – Andrzeja Koniecznego (muzyk współpracujący z raperem Łoną) nie podkreśla sytuacji scenicznych. W mojej głowie dominowało jednak inne wrażenie – braku zdecydowania Pszczołowskiej. Czy chciała zrealizować „Draculę” z humorem i dystansem do powieści czy na poważnie. Jedna z ostatnich scen, kiedy jesteśmy świadkami porażającej przemiany Miny (bardzo dobra Joanna Łaganowska) w wampira ugruntowuje moje poczucie, że druga idea byłaby lepsza. Skoro mowa o dobrych momentach przedstawienia, to z przyjemnością wymienię kolejne dwa nazwiska aktorek, które czynią go wyraźnie lepszym – Dorota Furmaniuk w roli Lucy oraz Angelika Cegielska wcielająca się w postać Renfielda. Pierwsza przemawia z żywiołowością, druga przeciwnie – siedząc nieruchomo w fotelu, plecami do widowni, czaruje nas obrazem swojego świata. Świata funkcjonującego gdzieś pomiędzy realnością a metafizyką. Na drugiej szali są trzy wampirzyce (dwie z nich są grane przez mężczyzn). Ich słaby humor z wulgaryzmami nie współgra z charakterem opowieści. Nie mogłem się oprzeć odczuciu, że Pszczołowska nie mogła się zdecydować, czy podejść do ikonicznej powieści z dystansem, czy na serio. Niewiele wnoszą także próby nawiązania do współczesnej sytuacji na świecie, czy zamiany męskich ról na kobiece. Szkoda, że sztuka budzi mieszany odbiór, bo mógłby być jednoznacznie dobry.