«Obywatel Wojcieszek, reżyser i dramatopisarz, począwszy od swej najnowszej premiery, postanowił numerami sygnować autorskie realizacje własnych sztuk.

Wzorem był zapewne malarz Opałko liczący na swoich płótnach i podczas performance’ów "od zera do nieskończoności". Jako że w przypadku twórczości dramatycznej Wojcieszka zanosi się na nieskończoność, trzeba liczyć recenzje z jego sztuk. Porządek musi być! Z numerków Wojcieszka żartować można długo, bo numeracja spektakli idzie w parze ze stosowaniem przez niego tych samych "reżyserskich numerów" i klisz sytuacyjnych, których bez liczbowej identyfikacji nie rozróżnisz. Ale ja chciałbym potraktować porządkującą inicjatywę artysty jako coś w rodzaju szlachetnego odkrycia kart dobrych w zasadzie intencji. Stawiam tezę, że swym numeracyjnym gestem Wojcieszek wskazuje na serialowy charakter swojej twórczości dramatycznej. Przymiotnik serialowy nie powinien mieć w tym przypadku deprecjonujących go konotacji Wojcieszek pisze po prostu i wystawia na kolejnych scenach dalsze części tej samej opowieści o polskiej prowincji. Jego dramaty są próbą opowiedzenia o wydobywaniu się z moralnej i materialnej nędzy bohaterów przegranych. Ich liczenie i liczenie na nich jest w gruncie rzeczy liczeniem na cud. Wskazywaniem aktów rozpaczy zamienionych w akty nadziei. Już przecież pięciokrotnie mali krętacze od Wojcieszka wyszli na życiową prostą. Świat jest o pięć kroków bliżej nieba. Tak przynajmniej wydaje nam się po wysłuchaniu i obejrzeniu odcinka "Ja jestem zmartwychwstaniem".

Oto czterdziestoparoletnia szmata, eksksiądz-alkoholik Wiesław pije, łazi, próbuje stracić cnotę, wyłudza pieniądze od kolegi w sutannie, żeruje na współczuciu dawnych ministrantów. W końcu znajduje pracę i spotyka 20-letnią Martę (imię zmienione), bylejaką kurwę na telefon. Wojcieszek pyta, czemu ludzie przegrani, jak Wiesław (rozpaczliwie dobry Andrzej Szubski) i Marta (prowokacyjnie aseksualna Aleksandra Cybulska), są na siebie skazani? Czy grzech przyciąga grzech, żeby zmienić się w dobro? Uwierzycie w coś takiego?

Skoro więc Wojcieszek cały czas kłamie, łudzi nas happy endem, to niech przynajmniej liczby będą prawdziwe. W czterech przypadkach na pięć ocalenie tych ludzi nie jest możliwe, ale może za piątym razem się uda? I właśnie o tym chciał twórca "dolnośląskiego serialu optymistycznego" opowiedzieć. Mniej ważne stają się wtedy luki w dramacie. Owszem, malowniczy ten ksiądz, który stracił wiarę, ale dlaczego stracił? Dlatego, że pił czy pić zaczął po jej utracie?

Zwykle uwielbiam epizody Ryszarda Węgrzyna, ale tu w dużej roli (gangster Andrzej) jest nieprzypilnowany i narcystyczny. Szczęściem kontrapunktuje go powściągliwość Piotra Tokarza, który pięknie słucha bohaterów jako barman-dresiarz zastygły za kontuarem. Dariusz Maj przekonuje rolą inżyniera-lakiernika, który po sprzedaniu zakładu chce uciec z Wałbrzycha na Wybrzeże.

Najnowszy spektakl Wojcieszka jest bardziej szkicownikiem niż propozycją dopiętą na ostatni guzik. Jednak mały, cichy, niskobudżetowy optymistyczny teatr Wojcieszka ofiarowuje nam dawkę pozytywnej energii. Rozczula fundamentalnymi błędami, ale i niezaprzeczalną uczciwością intencji. Kiedy się to dostrzeże, widzowi nie przeszkadza nawet powtarzalność scenerii i bohaterów sztuk dolnośląskiego serialowicza.

No i co z tego, że po raz kolejny jego postaci są zafascynowane boksem, piją w podrzędnych barach, chodzą po ulicach tych samych miast? W wybraniu się na następny odcinek teatru Wojcieszka nie przeszkodzi mi wcale podejrzenie, że akcja będzie się działa w Świdnicy, gdzie niejaki Stefan, były tapicer, odkrywa w sobie dar uzdrawiania. Nie narzekajcie na Wojcieszka, bo tak jak i ja chcielibyście posłuchać dalszego ciągu tak pięknej historii.

Sześć albo czternaście razy.»

Łukasz Drewniak

Dziennik nr 127 – dodatek Kultura

01-06-2007