«Dwukrotnie miałem łzy w oczach podczas tej premiery, i to nic dlatego, że wcześniej z premiery na premierę przez blisko cztery lata oglądałem niemożliwe przemieniane w możliwe w wałbrzyskim teatrze (od nastania tam dyrekcji Piotra Kruszczyńskiego wspomaganego przez Danutę Marosz). I nie stąd te łzy, że pokazano mi kawał rzetelnego Czechowa w salce na ogródkach działkowych "Górnik", gdzie widać na każdym kawałku lamperii porządnie wymalowanej za późnego Gomułki, że czas szedł kędy indziej i z kim innym. Były to łzy z tego powodu, że Julka Wiktoriańska trzema siostrami, ich bratem, szwagrem, pułkownikiem i paroma innymi postaciami z tamtego i tego świata (plus odpowiednią liczbą pluszowych misiów) udowodniła, że w teatrze można opowiedzieć zwyczajną historię człowieczą tak, że łzy lać nie wstyd, a ryknąć ze śmiechu uchodzi bardziej niż puścić bąka na salonach stołecznego getta jeszcze bardziej niż bardzo zdolnych -zdolniejszych od siebie (w porównaniu z nimi przedtem, gdy byli tylko młodzi i wybitni).

Według Jeana Louisa Barraulta: Temat Trzech sióstr można by streścić tak: Chciałybyśmy pojechać do miasta. Czy pojedziemy do miasta? Nie pojedziemy do miasta, Jeden tylko katalizator (…) wystarczy, aby rozwinęła się ta jedyna i bardzo prosta akcja: katalizatorem tym są wojskowi. Wiktoriańska (pars pro toto Kruszczyńskiego?) pokazuje trzy kobiety na tle ojca, którego nie ma. To jego mundur lśni w blasku cerkiewnych świec, to wokół wyidealizowanego wspomnienia o nim odbywa się całe misterium dramatu o tęsknocie, niespełnieniu, niemożności, heroicznej rezygnacji i przede wszystkim – o miłości niemożliwej.

Trzy prowincjuszki, doskonale pamiętające czasy swej stołecznej świetności, i panowie wokół nich, wszyscy wespół – nie tęsknią do tego, co utracili, ale raczej do własnych marzeń, których trzeba było się wyrzec, a właściwie nie wiadomo po co, w imię czego i skąd brać siły, żeby po prostu żyć, dalej żyć. Tak napisał to Czechow, i miała to być komedia. I tak zagrali to w świetlicy wałbrzyskich ogródków działkowych przy ulicy Ludowej wałbrzyscy aktorzy. Młodziutką Irinę (gościnnie występująca – kwitnąca, czasami neurotyczna – Monika Fronczak), pracownicę poczty, ale też jedyną z sióstr, która jeszcze zdąży dokonać właściwego wyboru, żeby kochać i być kochaną, podstarzałą Olgę (rozedrgana, konsekwentnie myszowata Agnieszka Przepiórska), przepracowaną starą pannę, która najchętniej z pluszowym misiem przy piersi zaszyłaby się w mysiej dziurze, która boi się marzyć tak samo jak kochać, a nawet patrzeć na miłość czy przyjąć do wiadomości, że coś takiego jak miłość w ogóle istnieje czy choćby bywa, i Maszę (dystyngowana, piękna, wyprostowana i tylko czasami ze szklanymi oczyma Marta Zięba), która na serio wzięła instrukcję autora sztuki: Nie rób smutnej miny w żadnym akcie. Gniewną, owszem, ale nie smutną! Ludzie, którzy od dawna kryją w sercu jakąś zgryzotę i już się z nią oswoili, tacy ludzie tylko gwiżdżą po cichu i często się zamyślają.

Nagła miłość Maszy do Wierszynina, "gościa z wielkiego świata" (Dariusz Maj w pięknym operetkowym mundurze a la generalissimus Stalin, cyniczny, bezwzględny i chyba ślepy na to, że cały świat leży u jego stóp) wywołuje lawinę, która zmiecie resztę świata wszystkich sierot po ojcu–moskwianinie. Ta miłość będzie jak kazaczok z tarantellą w jednym uścisku. Jak brawurowy koncert na tuzin filiżanek i łyżeczek nie od pary – każda z innego serwisu i w innym tonie. Jak w jakimś półśnie galop trojką donikąd, byle dalej stąd. Będzie wreszcie jak śmiertelny klincz słów, gestów, spojrzeń i poruszeń, a nawet łez, które przestały cokolwiek znaczyć, czegokolwiek dotyczyć i mają moc wywoływania zawieruchy i emocji, od których pęka serce-dusza, (duet: ruch – Maćko Prusak i muzyka – Bartek Chajdecki nie do zastąpienia, gdy słowa postaci Czechowa domagają się skrzydeł, ciszy lub koloru).

Wiktoriańska kazała się "przegiąć" księciu Tuzenbachowi w salonowego geja z manierami, któremu w szarawarach i kamaszach nie w smak (mimo że taki świat), ale gdy mówi, że ją kocha, to Irina wie, że on kocha (Łukasz Brzeziński), a Solonemu, żołnierzowi, sołdatowi z irokezem a la Klata, kto wie, czy nie weteranowi którejś z czeczeńskich wojen (Krzysztof Grabowski, gościnnie) – w końcu wziąć się za bary ze sobą, tak że spektatorzy na scenie i przed nią puszczają mimo uszu gęsty dialog, żeby studiować tę etiudę – każde napięcie pękających żyłek na jego skroniach.

Czechow na wałbrzyskich ogródkach działkowych, teatr poza teatrem – bez dymów, brutalności, seksu i efekciarstwa – to dobrze wróży. Nie trzeba w żaden inny sposób udowadniać, że rosyjski klasyk pasuje jak ulał do tego, co wokół nas i w nas, jak zwyczajnie tym, co teatralne, można opowiedzieć historię i śmieszną, i straszną zarazem. Precyzyjnie, z taktem i poruszająco. Do śmiechu i do łez.»

"Trojka sióstr na pohybel"
Błażej Baraniak
Odra nr 1
15-01-2007

Skip to content
This Website is committed to ensuring digital accessibility for people with disabilitiesWe are continually improving the user experience for everyone, and applying the relevant accessibility standards.
Conformance status