Przejdź do głównej treści
POWRÓT DO SPEKTAKLU: ZERO SIEDEM
RECENZJA SPEKTAKLU

Porucznik Borewicz powraca!

Autor: Marcin Wojciechowski
•
Źródło: Och Kultura

„Zero Siedem” w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu nie jest wiernym przeniesieniem serialu “07 zgłoś się” na teatralne deski. To ciekawa zabawa konwencją i opowieść o tym, jak pamiętamy minione czasy i jak bardzo te wspomnienia potrafią być zniekształcone. Najgłośniejszy polski serial kryminalny, w którym kultowy porucznik Sławomir Borewicz stawiał czoła najgroźniejszym przestępcom, fascynuje do dzisiaj. Sam chętnie do niego wracam, mimo że widziałem go wiele razy. Ciekawe dlaczego? Spektakl nie trzyma się jednej linii fabularnej. Zamiast tego mamy przeplatające się wątki: dochodzenie, wspomnienia, fragmenty prób i duble, kulisy serialu, fragmenty przypominające dawne produkcje telewizyjne. Ten zabieg pozwala spojrzeć na znane motywy z dystansu. Nie oglądamy bowiem tylko historii kryminalnej, ale także proces jej tworzenia i życie, które mogło (ale nie musiało) toczyć się obok niej. Przedstawienie zaczyna się od melorecytacji “Kolorowych jarmarków”. Porucznik pyta “kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, co jest na końcu”. Nie jest postacią wyłącznie do podziwiania. Bardzo dobry Mateusz Flis tworzy postać charyzmatyczną, błyskotliwą i ironiczną, momentami pewną siebie, ale i zagubioną. Aktor ma w sobie lekkość i dystans. Z jednej strony uwodzi uśmiechem, z drugiej pokazuje mniej przystępną twarz człowieka działającego w systemie, który miał swoje rozterki i ciemne strony. Fikcja miesza się ze światem realnym – bo przecież i tak ludzie nie odróżniają postaci od aktorów. Bohaterowie wychodzą z ról, by jako ludzie z krwi i kości wyrazić swoje zdanie. Porucznik pyta zabójcę, z którego jest odcinka. Filozofujący Major grany przez wyrazistego Rafała Kosowskiego ma pretensje, że jego bohater gra ciągle w tej samej biurowej scenerii. Twierdzi też, że “teatr go przygnębia”. Świetni Piotr Mokrzycki i Irena Sierakowska wcielają się w mądro-głupi duet porucznika Zubka i sierżant Ewy (do sekcji zwłok wystarczą tylko nożyczki i rękawiczki!). Zabawna Urszula Gryczewska gra wokalistkę, prostytutkę i… Grażynę Szapołowską, która wspomina opisywany w prasie konflikt z Janem Englertem. Bo czasy też się tu mieszają zaskakująco. Jest w tym spektaklu kilka sucharów – między innymi dowiemy się, dlaczego na gliniarzy mówi się psy; znane powiedzonka w nowych interpretacjach – “szukajcie, a znajdziecie” czy znakomity, powtarzający się motyw z szatniarzem (Ryszard Węgrzyn). Do tego dobrze poprowadzone i zagrane fragmenty: gimnastyczna scena łóżkowa, casting na porucznika, pomysłowa scena pościgu, taniec do dźwięku maszyny do pisania. Wszystko podane w odpowiednich proporcjach bez zbędnych dłużyzn z dużą dawką lekkości i uroku. Zadbali o to Jarosław Murawski (zabawny tekst) i Agata Puszcz (konsekwentna reżyseria). Scenografia i kostiumy (Weronika Ranke) przywołują klimat końcówki lat siedemdziesiątych i początku osiemdziesiątych – meble, wersalka, biurko, znajome kolory, kroje ubrań i detale. Również muzyka często nawiązuje do dobrze znanych melodii – oczywiście nie zabrakło słynnego utworu w wykonaniu Alicji Majewskiej. „Zero Siedem” mieszanka komedii i kryminału. Twórcy sprawnie bawią się schematami kina kryminalnego: są pościgi, dochodzenia, romanse, tajemnice, ale nie brakuje humoru i mrugnięcia okiem. To inteligentna gra z widzem. Z jednej strony dostarcza rozrywki, z drugiej skłania do refleksji nad tym, co naprawdę pamiętamy, dlaczego kiedyś tak chętnie oglądaliśmy historie bohaterów w mundurach i dlaczego pewne obrazy wydają się nam atrakcyjne. Ciekawa propozycja zarówno dla osób, które znają dawny serial, jak i dla tych, którzy nie mają takich skojarzeń. Ja bawiłem się świetnie!