Co widziałam w Wałbrzychu
Niech ktoś mi powie, że w teatrze nie liczy się cała otoczka wokół spektaklu, że to, co dzieje się od momentu przekroczenia progu, we foyer, nie wpływa na to, czy chce się wrócić. Ja mam właśnie tak z Teatrem Dramatycznym im. Szaniawskiego w Wałbrzychu. Wracam tam z ogromną przyjemnością, a duża część tej przyjemności to zasługa obsługi widowni, przemiłej, pomocnej, tworzącej atmosferę, jakby wracało się do domu.
Chyba w ogóle dobrze dzieje się w tej instytucji. Przynajmniej na tyle, na ile można wnioskować z rozmowy Sebastiana Majewskiego z Witoldem Mrozkiem dla „Dwutygodnika”. Dyrektor mówi tam o potrzebie zadbania o higienę pracy we wszystkich działach teatru. Stawianie na równi działów merytorycznych i administracyjno-organizacyjnych imponuje mi szczególnie. Z tej samej rozmowy wynika, że szerzej o tych działaniach można było usłyszeć podczas przeglądu premier MOC. To, że zaproszenie na to wydarzenie odkryłam w skrzynce mailowej dopiero w lutym, kiedy szukałam biletu kolejowego do Wałbrzycha, zaliczam to do top 5 przeoczeń roku 2025. Nic jednak straconego, bo przynajmniej część premier z zeszłego sezonu zdążyłam powoli nadrobić.
Na przykład fantastyczne „Sceny z życia pobożnych mieszkańców Waldenburga” w reżyserii Jacka Jabrzyka. Widziałam już spektakle próbujące opowiadać historię lokalną w estetyce reklamowego folderu – ewidentnie realizowane na zamówienie miasta („Mały Paryż” w Słupsku czy „Mały widz, bieg przez Warmię” w Olsztynie). Bywały też dobre i bardzo dobre realizacje, jak „Historia Sosnowca” w reżyserii Katarzyny Szyngiery w Teatrze Zagłębia. I właśnie wałbrzyski spektakl Jabrzyka zdecydowanie do tej lepszej kategorii należy.
Na scenie oglądamy historię miasta od XVI wieku, od momentu rozłamu Kościoła i często brutalnego egzekwowania nowej wiary. To w pewnym sensie spektakl kostiumowy, ale jednocześnie łączący przeszłość ze współczesnością, która, jakże celnie, larpuje dawne czasy. Nie sposób przeoczyć sceny z wyraźnymi odniesieniami do toruńskiego radia katolickiego czy do Grzegorza Brauna, znakomicie sportretowanego na scenie. Cudowna jest Angelika Cegielska – jej bardzo aktualny monolog o losie chłopów okazuje się przejmującym komentarzem społecznym. Spektakl nie jest ani naiwną gawędą, ani czystą groteską. Na scenie dzieje się naprawdę dużo; to przebieżka przez wiele rejestrów, tonów i sentymentów pokazanych z humorem.
Wizualnie spektakl daje ogromną przyjemność. Miasto zbudowane z kolorowej gąbki, ruchoma scenografia przemieszczająca się po scenie – kostiumy i scenografia autorstwa Pauli Grocholskiej to świetna robota – tworzą sugestywny, plastyczny i wciągający, angażujący świat. Ale jest w tym coś więcej. Historia opowiadana jest z perspektywy zwykłych mieszkańców, do których domów wkraczają reformatorzy. Z kabaretowej formy szybko przechodzimy w mroczniejsze tony. Zwisające z szubienic ciała przypominają, że choć pewne motywy powracają i możemy je dziś rozpoznawać, mamy szczęście żyć w czasach spokojniejszych. Tyle że nie jest to dane raz na zawsze, fanatyzm pozostaje fanatyzmem, bez względu na epokę.
Tego samego wieczoru obejrzałam trochę starszy, bardzo kameralny spektakl Sebastiana Majewskiego „Pokój. 12 lekcji na temat wojny”. Kameralny dosłownie, grany na małej scenie, gdzie bliskość aktorów w tego typu przedstawieniu bywa wręcz niezręczna. Ta fizyczna bliskość nie pozwala się schować, odsunąć, bezpiecznie zdystansować. Na scenie, całkiem dosłownie, odbywa się dwanaście krótkich wykładów o wojnach: tych, o których zapomnieliśmy, tych, które ignorujemy, i tych całkiem współczesnych. To przedsięwzięcie znacznie mniejsze niż „The Wall” w Teatrze Dramatycznym w Warszawie w reżyserii Pawła Miśkiewicza, ale pomyślane podobnie, jako próba przyjrzenia się samemu mechanizmowi wojny, sposobom myślenia o niej i jej opowiadania. Miśkiewicz również oparł swój spektakl na konkretnych książkach opisujących konkretne wydarzenia.
Na co dzień rozproszone w ofertach wydawniczych tytuły, zebrane w jednym tekście dramatycznym, zaczynają układać się w wyraźny schemat: odsłaniają narrację i dyskurs, jaki toczy się wokół wojny. Od II wojny światowej opisanej przez Steinbecka, przez wojnę w Katalonii z perspektywy Orwella, „Wojnę futbolową” Kapuścińskiego, aż po „Palestynę. Wojnę stulecia” Rashida Khalidiego, której obszerny fragment zostaje dosłownie odczytany na scenie. Te rozmowy, czy może raczej lekcje, odbywają się przy użyciu map, książek i rozmaitych rekwizytów, w tym wanny, z której Angelika Cegielska odtwarza rozmowę Oriany Fallaci z ajatollahem Chomejnim o wojnie w Iranie. Ten obraz – absurdalny, a zarazem precyzyjnie skonstruowany – mocno zapada w pamięć.
Wszystko to dzieje się na leżakach, w scenerii urlopowej, w estetyce all inclusive, z którą my, wygodni Europejczycy, często kojarzymy Bliski Wschód. Egipt jawi się jako miejsce wypoczynku, nie jako kraj balansujący między kolejnymi konfliktami, mediujący i przyjmujący fale uchodźców. Ta wakacyjna scenografia boleśnie kontrastuje z tematyką wykładów. Przypomniałam sobie „Surferów” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie – również utrzymanych w plażowej estetyce, a mówiących o mrocznej ekologii i klimatycznej katastrofie. Tam także było wakacyjnie, ale w tle tlił się kryzys. Tutaj jest podobnie: relaks, proste skojarzenia z urlopem i wypoczynkiem rozpraszają, wywołując jednocześnie lekki, trudny do zignorowania dyskomfort.
Dyskomfort powraca także w spektaklu Pameli Leończyk i Pawła Demirskiego „Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty”. Przedstawienie powstało na podstawie tekstu Demirskiego, po raz pierwszy wystawionego w Wałbrzychu w 2008 roku w reżyserii Moniki Strzępki. To opowieść, w dużym skrócie, o tym, co Zygmunt Bauman przed laty nazwał „ludzkimi odpadami”, ubocznymi produktami nowoczesnego kapitalizmu i społeczeństwa konsumpcyjnego. O tych, którzy na nowoczesność po prostu się nie załapali. Do tego spektaklu jeszcze wrócę w osobnej notce, a do Wałbrzycha będę wracać i wracać.