Recenzje widzów
Można?! W Wałbrzychu tak! Są tacy twórcy, których dokonania za każdym razem kończą świat. Wypowiadają go całego. Taką moc ma przede wszystkim teatr, przemawiając do wszystkich zmysłów widza. Widza, który po takim seansie mistycznym niemal zastanawia się co jeszcze można powiedzieć?… Taka sztuka jest kompletna, sycąca, wyczerpująca pragnienia estetyczne. Żeby tak się działo potrzebnych jest kilka elementów – przede wszystkim dzieło musi być doskonałe formalnie, w końcu warsztat to podstawa, jak mówią w szkołach teatralnych… Wpadam w taki stan zawsze i po wszystkich kolejnych spektaklach – misteriach Warlikowskiego z Teatru Nowego, ale, okazuje się ostatnio, że dużo bliżej bije solidne źródło ekstazy (duchowe połączenie z bóstwem – tu – sztuką)! Wałbrzych! Katarzyna Kasia z Radia Nowy Świat usytuowała scenę Majewskiego i Jękota jako pierwszą w kraju! „Gargantuę…” wałbrzyską Marcina Libera oglądałem drugi raz. Pierwszy na premierze. Spektakl stał się szybszy, sprawniej grany, dograny, zgrany, intuicyjny. Ta wizyta w klasztorze a rebour jest marzeniem nie tylko każdego teatromana ale każdego człowieka, który, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, poświęca życie na pogoń za przyjemnościami, które dowcipnie wylicza jeden z mieszkańców Theleme… „segregowanie skitelsów wg kolorów!”…. Fascynujące jest jak twórcy trafnie i ironicznie diagnozują nasz hedonistyczny świat przy pomocy, zdawałoby się, szkolnej ramoty, którą czyta się „we fragmentach” i nie wiadomo w zasadzie po co – „Gargantui i Pantagruela” Rabelais’ego. Okazuje się jednak, że wciąż żyjemy w średniowiecznej kulturze jarmarcznej i że niewybredny, dosadny, wulgarny – to wciąż przymiotniki aktualne w odniesieniu do naszego świata. Nic się nie zmienia. Marzymy wciąż o tym samym – o rollercoasterze przyjemności na końcu naszych dni, o zatraceniu ze strachu przed próżnią. Bo, jak pamiętamy, za tym murem nie ma nic. Niczyich oczu ani ust! I niczyjego w kwiatach losu! Bo to był głos i tylko – głos, i nic nie było oprócz głosu! Nic – tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata! I była zgroza nagłych cisz. I była próżnia w całym niebie! A ty z tej próżni czemu drwisz, kiedy ta próżnia nie drwi z ciebie? [Bolesław Leśmian „Dziewczyna”] Ale co wcześniej naprzeżywaliśmy z Szaniawskim to nasze! Ryszard Grzywacz
Ta kurtka jest symbolem mojej indywidualności i wiary w wolność jednostki – przyszło mi od razu do głowy, kiedy, przysłuchując się dyskusji panelowej, dostrzegłam (świetne!) białe kowbojki Sebastiana Majewskiego, dyrektora wałbrzyskiego Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu. Jego zespół kilka godzin wcześniej zaserwował pestkowej publiczności fenomenalny spektakl dotykający istoty wolności – adaptację szesnastowiecznego cyklu powieści Françoisa Rabelais, GARGANTUA I PANTAGRUEL. W OPACTWIE THELEME, dzięki czemu utopijna wizja wolności bez barier po raz kolejny mogła przeżyć swój renesans. Przez dwie godziny, odizolowani od świata zewnętrznego w teatrze – klasztorze, na deskach którego zdaje się, że wszystko jest dozwolone, śniliśmy, zanurzeni w chóralnych śpiewach i opalizujących scenografiach, piękny, choć jakże prosty sen (sen, który przez jedną z głównych postaci został w żołnierskich słowach podsumowany, iż opowieść to w zasadzie „trochę o polityce, dużo zaś o ruchaniu”). „Czyń, co się podoba” – głosili z maestrią kapłani wspólnoty, ustanawiając swój ład na opak. Tak oto, obserwując wydarzenia rodem z „Oczu szeroko zamkniętych” Kubricka, które postanowił właśnie wyreżyserować Tim Burton, a w miejsce aktorów osadzić umpa-lumpy, dostajemy groteskową wizję społeczeństwa wyzwolonego. To piękno i harmonia, niepozbawione w wielu miejscach kiczu czy dosadności, doprawione dużą dawką humoru – mają w sobie jednak od samego początku namiastkę grozy. Wszak czy izolując się od innych, kiedykolwiek będziemy w stanie odizolować się w pełni od zaszytego w nas samych nienasycenia? Towarzyszymy więc bohaterom w paradoksie, podczas którego pomimo ostrzeżeń, że „wolność jest tym, co nas zabije”, kolektywnie i zachłannie decydujemy się przekraczać kolejne granice władzy, znosić jakiekolwiek ograniczenia, zasady oraz równowagę – aby, żeglując po bezkresnym oceanie namiętności, dotrzeć w końcu zupełnie nie tam, gdzie pierwotnie planowaliśmy… Metafory te wybrzmiewają zaś jeszcze dosadniej na końcu spektaklu, kiedy to aktorzy osadzają w świecie realnym wcześniejsze refleksje nad rolą teatru jako świątyni wolności – wyrażając swój sprzeciw wobec obecnej sytuacji w kieleckim Teatrze im. Stefana Żeromskiego, gdzie trwa właśnie konflikt polityczny, związany z nominacją nowego dyrektora. Granica między utopią a antyutopią jest niezwykle cienka. Mam jednak przeświadczenie, że to właśnie dzięki tej hiperboli, przerysowaniu i śmiałości, jesteśmy w stanie z fałszu, niczym w zwierciadle, odczytać prawdę. Odwołując się do słów Italo Calvino – wartość literatury polega na możliwości mistyfikacji, i to w mistyfikacji właśnie tkwi prawda. Falsyfikat zatem, jako mistyfikacja mistyfikacji, równa się prawdzie do drugiej potęgi. I koniec, i bomba, a kto… nie widział… ten trąba! Magdalena Chilewska