1. Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu

Po straconych sezonach za dyrekcji artystycznej Piotra Ratajczaka, Maciej Podstawny wyprowadził w tym roku legendarną polską scenę z impasu. Wszystko dzięki trzem mocnym spektaklom młodych twórców. „Cynkowi chłopcy”, debiut reżyserski Jakuba Skrzywanka na podstawie reportażu Swietłany Aleksijewicz, to dowód na świetne operowanie teatralną formą, w której sprawdzają się najprostsze i najbardziej klarowne pomysły oraz sentymentalna wyprawa na estradę Festiwalu Piosenki Żołnierskiej, który staje się przewrotnie gorzkim, antywojennym manifestem. Nie można też przegapić wspaniałej Rozalii Mierzickiej w roli stachanowskiej pin-up girl. „Zapolska Superstar” Anety Groszyńskiej i Jana Czaplińskiego to dla odmiany manifest feministyczny utrzymany w konwencji prześmiewczej lewicowej farsy. Plus dawka zbawiennej serotoniny dla tych wszystkich, którzy myślą, że nic nie można, nic się nie uda. Może się da? W zupełnie innej tonacji utrzymany jest „Schubert. Romantyczna kompozycja na dwunastu wykonawców” Magdy Szpecht. Reżyserka we współpracy z Wojtkiem Blecharzem i nominowanym do tegorocznych Paszportów Polityki Pawłem Sakowiczem przenosi nas w melancholijny i liryczny świat prekursora romantyzmu w muzyce. Mrok i humor dobrane są tu w idealnych dawkach, a udział amatorów seniorów strąca problem z wyżyn geniuszu gdzieś blisko nas, pod swojski koc, gdzie kryjemy się przed światem. Szpecht operuje czułością i szczerością, dlatego trafia do widza. Jak najbardziej zasłużone zwycięstwo w konkursie „Paradiso” na tegorocznej „Boskiej Komedii”.

2. „Robert Robur” Krzysztofa Garbaczewskiego

Spektakl wizjonerski. Nie jest to przedstawienie do myślenia, raczej szeroko zakrojone wydarzenie, w które należy się zanurzyć, czerpiąc z niego przyjemność. Dlatego lepiej nie wiedzieć, co tam się wydarzy, jaka jest nić intrygi, jak zwykle u Garbaczewskiego poplątana. Nikomu nie odbiorę przyjemności pogoni z Roburem za pynchonowskim „błędem w systemie”, a ten jest nieoczekiwany jak wszystkie zwroty akcji w przedstawieniu. W najnowszym spektaklu Garbaczewski najsilniej chyba zawirusował percepcję widzów, o recenzentach nie wspominając, całkowicie odczarował piękny polski współczesny teatr, który zabrnął na manowce. W TR-ze jest brudno, absurdalnie i wreszcie prawdziwie, i jest w tym jakiś ukryty manifest, który trafia znacznie silniej niż zwroty ideologiczne i plasowanie dyskursów. Doświadczenie z pogranicza halucynacji i teatralnego olśnienia.

3. „Praskie Si-Fi” Agnieszki Błońskiej

Najlepszy ze spektakli Teatru Powszechnego w Warszawie pod dyrekcją Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego i jedno z najdotkliwszych wyznań zwątpienia w społeczną moc teatru. Błońska i dramaturżka, Joanna Wichowska, nie pozostawiają nam złudzeń: zawiedliśmy jako twórcy, recenzenci i widzowie, przelatując jak E.T. w ideologicznym koszyczku wysoko ponad głowami zepchniętych na margines, traktując ich zbyt łatwo jako atrakcyjny teatralnie temat, obcy gatunek. Nic więc dziwnego, że wylądowaliśmy na księżycu „dobrej zmiany”. Od dawna nie oglądałem w teatrze czegoś równie szczerego, gorzkiego i ironicznego. To spektakl, w którym pracę u podstaw realizatorzy zaczynają od siebie. I robią to absolutnie bezkompromisowo, ryzykując wszystkim. Może ta bezsilność, poddanie się, bezwzgędna kpina z własnych aspiracji jest nowym otwarciem dla teatru prawdziwie empatycznego?

4. „Orlando” Weroniki Szczawińskiej

W moim odczuciu najlepszy spektakl reżyserki. Zachwyca precyzją, piekielnie trudną partyturą (współpraca choreograficzna Agaty Maszkiewicz) i fantastycznym aktorstwem studentów wrocławskiej PWST. Rzadko zdarza się, żeby spektakl dyplomowy studentów aktorstwa przebił większość realizacji na zawodowych scenach. A jednak. I wymienić trzeba tu wszystkich, bo Pola Błasik, Artur Caturian, Sylwester Dąbrowski, Filip Kowalczyk, Aleksandra Matlingiewicz, Małgorzata Pauka, Maciej Piasny, Aleksandra Prochownik, Michał Surówka, Rafał Witczak, Karolina Synowiec radzą sobie z najbardziej ekwilibrystycznymi aktorsko pomysłami Szczawińskiej w sposób perfekcyjny i bez nich tego sukcesu by nie było. „Orlando”, mimo że powieść Virginii Woolf obrosła twardymi feministycznymi dyskursami, nagle odzyskuje lekkość młodzieńczego buntu wobec patriarchalnej rzeczywistości „wielkich Wiktorian”. Formalnie mistrzowskie, błyskotliwe, zapięte na ostatni guzik przedstawienie, którego pozazdrościć może większość teatrów repertuarowych (pod rozwagę).

5. „Zrób siebie” Marty Ziółek

Odzieżowa mitologia, loga jako totemy, housowe remiksy smakujące jak pieśni z „Ogrodów koralowych i ich magii” Malinowskiego – Ziółek komponuje z nich spektakl o ogromnej sile rażenia, z nieodłącznym dla współczesnego społecznego rytuału elementem autoironii. W Komunie oglądamy duchowe karaoke i seans cudów: Glow z fantomowym kotkiem, Beauty, Coco czy High Speed to komponenty teatralnej psylocybiny, którą „Zrób siebie” uwalnia powoli do krwiobiegu widowni. Marki jako tripy, bez wyraźnego opowiedzenia się za lub przeciw – to od nas zależy, czy ta przygoda zakończy się odlotem, czy paranoją.

Paweł Soszyński
dwutygodnik.com
www.dwutygodnik.com nr 201
29-12-2016