Co stwarza gwiazdę? Co sprawia, że o niektórych osobach publicznych mówi się, że mają charyzmę, to „coś”, że „emanują aurą”, magnetyzują i nie pozwalają o sobie zapomnieć, stając się nieprzemijającymi ikonami kultury? Joseph Roach, historyk teatru i performatyk, twierdził, że to „coś” to „siła pochodząca z rzekomo wrodzonego ucieleśnienia sprzecznych cech: siły i wrażliwości, niewinności i doświadczenia, jednostkowości i typowości”. Atrakcyjność postaci ikonicznych, czy weźmiemy przylizanie wyuzdaną Britney Spears, czy rozkochanego w metafizycznych sprzecznościach Czesława Miłosza, zasadza się na paradoksie. Postaci charyzmatyczne jednocześnie nas przyciągają i odpychają. Działając za podszeptem dajmoniona lub dając się wieść instynktowi, zdają się być pozbawione samoświadomości, a jednocześnie są tak denerwująco pewne siebie i ostentacyjnie niezależne od opinii otoczenia. Silne na zewnątrz i wewnętrznie kruche. Wrażliwe i bezbronne, a jednocześnie nieprzejednane i uparte.

Zapewne każdy z nas zawiera w sobie pierwiastki przeciwstawne, lecz zazwyczaj jedna lub druga strona przeważa. Niewielu potrafi nieustannie utrzymywać ową kruchą równowagę opozycji, trwając w stanie permanentnego wewnętrznego kryzysu. Są pewnie i tacy, którzy tłumią w sobie ową umiejętność, „gaszą aurę” i ustatkowują się. Stawka jest bowiem wysoka: tu idzie o życie. Roach porównuje magnetyzującą osobowość do figury linoskoczka balansującego na linie zawieszonej w najwyższych punktach owych przeciwstawnych, wzajemnie wykluczających się komponentów osobowości. Publiczność obserwuje każdy jego krok z zapartym tchem, oczekując nieuchronnego upadku.

Twórcy spektaklu „Zapolska superstar (czyli jak przegrywać, żeby wygrać)”, Jan Czapliński i Aneta Groszyńska, znakomicie wyczuli w osobowości tej pisarki i aktorki potencjał na ikonę. Jak przyznali w wywiadach, to lektura jej listów obudziła w nich wielką fascynację bohaterką i posłużyły one Czaplińskiemu do napisania „kolażu biograficznego”. Otwarte na dowolnej stronie, listy te dowodzą, jak niezharmonizowaną, pełną sprzeczności osobą była Zapolska. Bezgranicznie zakochana w sobie (jakże lubiła pisać o swym wyglądzie) a jednocześnie wrażliwa na ludzką krzywdę i zdolna do bezbrzeżnej empatii. Równie próżna i wygłodniała pochwał, co niezależna w sądach i gotowa przyjąć wszelkie konsekwencje swych wielce niepopularnych wyborów. Jej stosunek do tak zwanej kwestii kobiecej był także wielce ambiwalentny. Wszystkie swe pisarskie siły poświęcając opisaniu niedoli kobiet wykorzystywanych, poniżanych, wykluczanych, jednocześnie wyśmiewała emancypantki, widząc w nich „istotny bezpłciowe”. Swe opinie dobitnie wyraziła w szkicu „W sprawie emancypacji”: „Kochaj! pracuj! kształć się, ażebyś mogła samą siebie i dzieci swe zdrowo wychowywać. Wiedz tyle z medycyny, ile każda matka wiedzieć powinna, nieś ulgę swoim najbliższym wiedzą nabytą – nie odmów pomocy cierpiącym – lecz na Boga! Kobietą jesteś i kobietą musisz zostać do zgonu”.

Dzisiaj twórczość tej „zachowawczej buntowniczki” funkcjonuje w dwóch obiegach, lecz na jeden sposób. W potocznej opinii Zapolska uchodzi za autorkę nieco przykurzonych, trącących myszką komedii obyczajowych zaliczonych do kanonu lektur szkolnych. Natomiast w gronach badaczy (częściej badaczek) literatury jej dzieła stanowią sztandarowy, lecz również nieco zetlały, bo wielokrotnie przerabiany w maszynce teorii feministycznych, przykład subwersji. Przeczytane, zdekonstruowane i pozamiatane… Pomysł, aby na wałbrzyskiej scenie wskrzesić Zapolską i uczynić ją popkulturowym bożyszczem, jest już sam w sobie przewrotny, lecz najbardziej interesujące jest to, w jaki sposób ekipa pod wodzą Groszyńskiej do owego celu zdąża.

Rytuał wskrzeszenia odbywa się na obskurnej scence z dawno niefroterowanym, odpadającym parkietem, na tle odrapanych ścian (prosta lecz sugestywna scenografia Tomasza Walesiaka). Na jednej z nich czerwonym sprayem ktoś nasmarował: ZAPOLSKA SUPERSTAR. Taki żart, ironiczna zemsta pijanego maturzysty. Wnętrze to prawie całkiem zapomniało lata swej świetności, gdy robiło za scenografię mieszczańskiego salonu do sztuk niejakiej Zapolskiej. Teraz tą zatęchłą norę udostępniono grupie rekonstrukcyjnej – niech się młodzież pobawi w teatr. Wyposażeni w keyboard, dwa mikrofony, cymbałki, sparciały materac i parę składanych krzeseł oraz… nakręcaną myszkę, przystępują do reanimacji trupa. Sześcioro aktorów obojga płci cechuje spora doza determinacji, a jeszcze więcej autoironii. Każdy gra po kilka ról (napisane zostały zresztą specjalnie z myślą o wałbrzyskich aktorach). Nieraz się trzeba przeturlać po podłodze, zaimprowizować śmiertelny spazm, zanucić psalm, zrobić komuś minetę, takie różne. Ale nic na serio, bez spiny.

W pierwszej scenie, od razu rozbieranej, widzimy Zapolską-aktorkę (Sara Celler-Jezierska) w nadętym, zjedzonym konwencją finale ibsenowskiego „Domu lalki”. Po odwaleniu chałtury, Zapolska gardzi zachwytem publiczności z Piotrkowa Trybunalskiego i odmawia dyrektorowi trupy, Gawalewiczowi (Rafał Kosowski) dalszej współpracy zarówno na scenie, jak w łóżku. Do ukłonów nie wyjdzie, dosyć tego – jest stworzona do większych rzeczy. Zdzierając z siebie kolejne warstwy dziewiętnastowiecznej sukni (i całkiem współczesne szpile), wyswobadza się z pancerza konwencji i tym samym powtarza niejako ostatni gest Nory, wyciągając ostateczne konsekwencje z wystawionego przed piotrkowską publiką dramatu. No, nie aż tak ostateczne: pozostaje w haleczce i… w roli Zapolskiej.

Psychodramatyczny seans trwa, bo oprócz tej „właściwej”, oznaczonej w scenariuszu numerem jeden, Zapolskiej, na scenie współistnieją z nią dwie inne Gabriele, upostaciowienia owych sprzecznych dążeń składających się na Zapolską-ikonę. Blondynka (Irena Sierakowska) w kusej koronkowej sukieneczce spinanej pod biustem – to dziewczyna kowboja i córeczka tatusia, a brunetka (Joanna Łaganowska), metalówa w glanach z poobijanymi kolanami i bez stanika pod czarnym podkoszulkiem – to poruszona losem śmietnikowych staruszek egzystencjalistka targana popędem śmierci. Te pomocnicze ego wydają się najpierw metaforą dwojakiej, konformistyczno-buntowniczej natury Zapolskiej, ale wkrótce okazuje się, że oba mają w sobie elementy zarówno wywrotowe jak i normalizujące. W tym bliskie są dwóm współistniejącym dziś modelom feminizmu: tego w wersji hard i tego w wersji pop. Nie wdając się w dalsze genderowe analizy, które Zapolska zapewne miałaby w nosie, warto zauważyć, że wszystkie trzy aktorki, tak się od siebie różniąc i dobierając odmienne aktorskie środki, tworzą nadzwyczaj zgrane trio. Nie ma tu na szczęście kiczu kobiecej solidarności, poklepywania się po tyłkach i pożyczania podpasek, za to siostrzana energia wybucha we wspólnie wykrzyczano-wyrecytowanym polilogu: „Żebyście się nie bali tego, że jak coś was denerwuje i że jak coś jest nie w porządku, to żeby to powiedzieć na głos, nawet jak nikogo innego to nie denerwuje. Przegracie? Nie szkodzi, to wcale tak bardzo nie boli, spróbowałeś, przegrałeś, nie szkodzi, spróbuj jeszcze raz, przegraj jeszcze raz, przegraj lepiej, i nawet jak wszyscy ci mówią, że to bez sensu, że może lepiej, żebyś sobie odpuściła, że co to w ogóle są za pomysły, to nie odpuszczaj, bo jesteś o krok, o jeden krok od tego, żeby postawić na swoim”.

Komu uszy więdną na taki motywacyjny speech, brzmiący jakby był wzięty z piosenek Destiny’s Child, to niech zauważy, że owe piosenki jednak bardzo dobrze się sprzedają, a moda na girl power jest modą równie pożyteczną jak moda na antykoncepcję. Zresztą pieniądze nie były dla Zapolskiej obojętne, o czym świadczą autopromocyjne listy pisane do wydawców i sprawozdania, które zdawała mężowi z finansowych negocjacji prowadzonych z teatrami i redakcjami, i w których rozpamiętywała długi. Wiemy dzięki Zbigniewowi Raszewskiemu, że Zapolska potrafiła przerabiać swoje sztuki, dodając im nieco melodramatycznego sznytu. Płaciła w ten sposób daninę niewybrednej publiczności ogródków, ale dzięki temu przemycała między wierszami jakąś swoją sprawę, no i zarabiała na życie. A że lubiła się dobrze ubrać…

W pierwszej części spektaklu dziewczyńska energia ostro przeciwstawia się męskiej. To między innymi pełna humoru scena w sądzie, gdzie Zapolska staje jako oskarżona o plagiat przez krytyka (najdowcipniejsza z ról Rafała Kosowskiego), a wychodzi jako oskarżycielka Sienkiewicza (Filip Perkowski). To sceny rozmowy z ojcem (Piotr Mokrzycki), prototypem Dulskiego, który w intencji bezbożnej córki, co śmiała wziąć rozwód, pielgrzymuje do Jerozolimy „na raty”. To wreszcie krwista krytyka naturalizmu, czyli scena lekcji aktorstwa u Antoine’a (znów Mokrzycki, niezmiennie dobry), który pod pozorem szukania prawdy i demokratyzacji zespołu, umacnia władzę reżysera, by spełniać swe wyuzdane fantazje. Moment upokorzenia Zapolskiej, będącej tak spragnionej doznania aktorskiego aktu całkowitego, że daje się mistrzowi zmanipulować, przechodzi w choreograficzny układ całego zespołu tańczony synchronicznie, pod dyktando hausowego beatu. Kryptopornograficzne „You can dance” jako spadkobierca Théâtre Libre? Błyskotliwa myśl.

Im bliżej finału, tym robi się liryczniej, a zespół scala się, odwieszając wojnę płci na kołku. Wreszcie następuje pośmiertne wyliczenie dzieł, a na znak nieprzemijalności owej tasiemcowej twórczości, jeden z aktorów (pełen wdzięku Perkowski) wykonuje wspaniały, niekończący się taniec z białą szarfą. Trwa to może jednak zbyt długo i koledzy z zespołu podstawiają mu pod nogi nakręcaną mysz, która od początku spektaklu siedziała na keyboardzie i czekała, by się wreszcie przydać. Ale teraz jakoś nie chce jeździć… Czechowowska strzelba nie wypaliła – i nic nie szkodzi! Wzruszenie ramion, gramy dalej. Zapolska umiera pod płotem, a jedynym lamentującym nad jej grobem jest pies, którego finałowy song śpiewa cały zespół.

Wszystko, co potrzeba do rekonstrukcji gwiazdy, było w listach Zapolskiej: burzliwe życie, kulisy bujnej twórczości i samotne umieranie, czyli dużo erotyki, trochę kiczu i szczypta martyrologii. Lecz jednocześnie cały ten ikoniczny entourage wzięty został przez Groszyńską i Czaplińskiego w czuły nawias. I słusznie, bo Zapolska, jeśli ma być ikoną, to tylko po swojemu, na własnych warunkach, bez kopiowania patriarchalnych wzorców i bez jakiegoś tam durnego balansowania na linie ku uciesze gawiedzi. Ale my, panienki siedzące w pierwszych rzędach widowni, zastanawiamy się, jak tu dziś być „po swojemu”, kiedy owo „po swojemu” staje się obowiązującą zasadą, niemal nakazem nakładanym na nas przez „Cosmopolitany”, „Glamoury” czy inne „TVN style”? Nie da się, ale trzeba próbować, próbować, próbować.