W przedstawieniu „Niech żyje wojna” duetu Strzępka/Demirski, partyjna propaganda PRL-u  i propaganda apologetów polskiego heroizmu są równie kiczowate, absurdalne i nieznośne, bo obie fałszują historię

Spektakl „Niech żyje wojna” zaczyna się tam, gdzie czterej pancerni i pies nigdy nie dotarli. Moskwa, 3 sierpnia 1944 roku, premier Mikołajczyk u Stalina (a w Warszawie Powstanie). Moment historyczny, wobec którego, będąc Polakiem, koniecznie trzeba się jakoś ustosunkować. Nawet jeśli się nie wie, kto to Mikołajczyk, a kto, powiedzmy, Rymkiewicz. I co to właściwie jest ta polityka historyczna. Bo, zwłaszcza będąc Polakiem, wciąż trzeba wybierać: PRL-owskie seriale wojenne czy „powstańcza” płyta Lao Che? Janek Kos czy Krzysztof Kamil Baczyński? Lwów i Wilno, czy Ziemie Odzyskane? Wybita inteligencja, czy ciocia ze wsi? Wspomnienia cudze, czy własne? Cudze czy własne minuty ciszy?

Monika Strzępka i Paweł Demirski nie zgadzają się na przymus dokonywania podobnych wyborów. W ich przedstawieniu partyjna propaganda PRL-u  i propaganda apologetów polskiego heroizmu są równie kiczowate, absurdalne i nieznośne. Obie fałszują historię i obie trzeba zdemontować – pokazując alternatywną, karykaturalną wersję wydarzeń i postaci. Jednak teatr, który bierze na siebie właśnie taką misję, przede wszystkim nie może udawać, że nie jest teatrem. Tym razem więc Strzępka i Demirski demaskują sceniczne sztuczki w sposób wyjątkowo perfidny. W teatralnej palarni (rok 2009 – głosi napis) aktorki ćwiczą wojenne monologi; potwornie wzruszające historie ujęte są w bezwzględny cudzysłów: to tylko popis aktorskiej sprawności, próba, ile łez da się wycisnąć z widza. Albo otwarta demonstracja mechanizmów teatralnego oszustwa, przeciw któremu autorzy spektaklu z całą mocą protestują, od jakiegoś czasu konsekwentnie cyzelując gatunek krytycznej komedii, smutnego kabaretu, subwersywnej farsy.

Marusia (Irena Wójcik), w której kochały się całe pokolenia Polaków, ma rude afro i wyraźnie popsute zęby. Gustlik (Agnieszka Kwietniewska) jest czarny, bo ze Śląska, a ponieważ Śląsk to ojczyzna polskiego bluesa – jest czarny jak Murzyn, nie jak górnik (i niczym Rysiek Riedel pyta: „Wiecie, co to jest blues?”). Janek (Andrzej Kłak) ma za to – jak na ikonę męskości – trochę zbyt afektowane gesty.

Zabawa jest przednia, ale od pierwszej sceny wiadomo, że nie wszyscy będą się śmiać. I że nie chodzi tylko o pastisz kultowego serialu. Mikołajczyk u Stalina jest nagi. Janek, który za chwilę zginie w Powstaniu (tzn. zostanie obficie polany czerwoną farbą) – też. Hekatomba krwi złożona na ołtarzu Ojczyzny? Piękna tradycja: z gołymi rękami na czołgi – mówicie? W takim razie proszę – tak się materializuje metafora. Goły premier, zakrwawiony powstaniec, Stalin-Grigorij (Ryszard Węgrzyn) i Marusia. Wszystko groteskowe, żenujące, niestosowne.

Groteskowa jest też Lidka (Małgorzata Łakomska) jako anty-romantyczne wcielenie Matki Polki. Wysłała syna do Powstania (taki jest od wieków zwyczaj w jej sferach), a teraz snuje się po mieszkaniu w znoszonej, domowej kiecce i przedeptanych kapciach. I narzeka na sąsiadów, którzy ze swoimi kurami wprowadzili się do jej kamienicy w warszawskim Śródmieściu, i źli się na tę „hordę ruskich żydów chłopskich”, która całymi dniami ogląda przygody pancernych i psa. Napis nad sceną dopowiada, że mamy wiosnę 1968 roku.

Doskonałym teatralnym skrótem odwiecznego konfliktu lud-inteligencja i polskiego chłopsko-pańskiego rozdwojenia jaźni, jest scena zamiany bohaterów (inspirowana nagłą woltą w serialu: ginie Olgierd, na jego miejsce pojawia się w czołgu Tomek Czereśniak). Obie postacie gra ten sam aktor (Marcin Pempuś), a wymiana subtelnego potomka styczniowego powstańca na nieokrzesanego chłopskiego syna pokazana jest jako brutalna, schizofreniczna walka z samym sobą. Rodowa porcelana kontra konie i hektary, książki i partytury kontra mięśnie i pięści. W końcu Czereśniak bije się z Olgierdem w wielu polskich głowach, tyle tylko, że głos tego pierwszego – jako zbyt wstydliwy – niepokojąco łatwo wyrugować ze świadomości.

Spektakl upomina się właśnie o takie przemilczane historie. Skoro jest tablica upamiętniająca bohaterskie sanitariuszki z Powstania, to może powinna być też inna – na pamiątkę czyjejś w tym miejscu przecierpianej bezsenności albo pierwszego pocałunku. Skoro dominuje wielka narracja, to gdzieś też musi się zmieścić mała, prywatna. Nie wszystkie traumy mają patriotyczny rodowód. I Szarik (Adam Wolańczyk), pies-weteran, nieustępliwie broniący heroicznej wizji historii, mógłby wreszcie przestać znosić wojenne pamiątki i ogłaszać kolejne minuty ciszy „ku czci” i „ku pamięci”. Bo jedyna możliwa do przeprowadzenia w uczciwy sposób minuta ciszy jest – przeciwko.

Joanna Wichowska

Dwutygodnik