Na scenie pojawia się kobieta, która przedstawia się jako badaczka megalitów. Opisuje swoje podróże w różne miejsca, które łączy jedno – to miejsca religijnego kultu. Naukowiec motywuje odbywane eskapady poszukiwaniem swoistej ,,energii życiowej”. Do pomiaru tejże używa jednostek Bovisa, które odzwierciedlają jej domniemaną siłę. Wewnętrzną pustkę mają zagłuszyć wizyty m.in. w Egipcie czy w Polsce. Centrum geomancyjnym świata okazuje się kraj nad Wisłą. Pobyt na Jasnej Górze prowadzi kobietę do wniosku, że obecne formy religijności osiągnięto dzięki zagładzie swoich nieistniejących poprzedników. Kim jest niechlujnie wyglądająca naukowiec w za dużej koszuli? Sama siebie nazywa Kacprem, jednym z biblijnych trzech króli.

Początkowa scena spektaklu stanowi de facto jego miniaturkę. Postaci Farugi przepełnione są poczuciem cywilizacyjnej pustki. Reżyser umieszcza uczestników dramatu w czterech ścianach nieco klaustrofobicznej świetlicy. Prowadzona jest w niej zbiorowa terapia. Uczestniczą w niej ludzie podobni do Kacpra. Są to jednostki wykolejone życiowo, których największą bolączką zdaje się być głód religijności. Może trochę zastanawiać ironia Farugi. Bo właśnie ironiczne jest umieszczenie akcji przedstawienia na polskiej prowincji, której mieszkańcy są – a jakżeby inaczej – wiecznie smutni. Jeśli już pojawia się radość, to musi być ona wymuszona. Powolne, niekiedy senne sekwencje układają się z kolei w diagnozę obecnego stanu polskiej religijności.

Prowadzący terapię ma do swojego zadania podejście absolutnie obojętne. Przekłada się to na jego podopiecznych. Uczestnicy spotkania poruszają się najpierw w rytm swoistego "spaceru energetycznego”, który ma stworzyć między nimi zaczątki więzi. Następnie kuracjusze opowiadają o swoich skojarzeniach związanych z obrazkami znalezionymi na rozrzuconych po podłodze kartkach. Mąż opisuje zdjęcie szczęśliwego małżeństwa. Jego wywód przerywa jednak krzykliwa żona. Rodzeństwo Kozłowskich przedstawia historię swojej matki, której miała się objawić Matka Boska. Wróżbita z telewizji zachowuje się niczym Kaszpirowski. W jego wystąpieniu brakuje jednak pasji. Zdejmuje ,,klątwę” z jednej z uczestniczek seansu. Tyle że robi to w sposób całkowicie beznamiętny. Sam okazuje się być kaleką na wózku inwalidzkim. Skarży się przy tym na widzów, którym musi ogłaszać same złe wróżby. Jedna z postaci wierzy w magię liczby 10, co ma się odzwierciedlać w tworzeniu rozmaitych dekalogów – namiastek: dziesięć sanktuariów, dziesięć intencji, a nawet chorób. Czy nie chodzi tu o potrzebę uporządkowania życia…? Jest wreszcie desperatka, która pyta głośno, czy ktoś na sali wierzy we wszechmoc Boga. Próbuje zainicjować wspólne, zbiorowe prośby do Wszechmogącego. Następnie zagaduje ludzi, by wznieśli swoje indywidualne błagania. Niestety nikt z obecnych nie jest skory do samodzielnych modłów.

Dla Farugi polska religijność okazuje się zatem fasadowa. Zgodnie z zasadą: ,,na mszy wspólne śpiewy, osobno milczenie”. Szacunek dla świętych obrazów jest zastępowany przez hołd składany zdjęciom celebrytów. Cudu szuka się zaś w telewizyjnych hochsztaplerkach. Czy tak właśnie wygląda rodzima rzeczywistość? Na pewno nie można odmówić reżyserowi sugestywności tej wizji. Jest ona przy tym o wiele bardziej dosadna niż we wcześniejszych Wszystkich świętych. Bowiem, nieoczekiwanie, posiadające swoje imiona i nazwiska postacie stają się bohaterami betlejemskiej szopki. Można by się nawet posunąć do złośliwości: Faruga zdecydowanie… ruga wszelką duchowość, chociaż po chwili wprowadza pierwiastek metafizyczny. Maria (Rozalia Mierzicka) zachodzi w ciążę. Mimo że przeczy temu wywiad lekarski, w czasie którego kobieta okazuje się dziewicą zupełnie nieobeznaną w sprawach seksualności. Może po prostu wstydzi się przyznać, że w ogóle uprawiała seks? Zgadzałoby się to z obecnym w spektaklu wzorcem katolickiej religijności, który sprawy ludzkiej seksualności sprowadza (rzekomo) do tabu. Reżyser pozostawia sobie jednak otwartą furtkę, dzięki której może zapytać: a może to po prostu cud?

Od tej chwili spragnieni namacalnej obecności Boga ludzie czynią z Marii żywy obiekt kultu. Przynoszą jej lilię, fetują jej stan błogosławiony. Zszokowany wydaje się Józef, który jest niepewny wierności swojej partnerki. Zajście w ciążę Marii pozostaje jedynym ,,prawdziwym” cudem w fabule wałbrzyskiego Betlejem. Postacie wchodzą w role biblijnych bohaterów. Chociaż są nimi naznaczeni od początku (np. Kozłowscy przedstawiają się jako Aniołki), w nowej sytuacji w pełni wczuwają się w te wcielenia. I odprawiają kolejne rytuały. Gwiazda betlejemska pojawia się jako kwiat ofiarowany Marii. Zostają przypomniane biblijne opowieści o narodzeniu Chrystusa. Jak je ukazać w realiach współczesnej kultury obrazkowej? Oczywiście przez tandetne przedstawienie, w którym Józef i Maria są laleczkami. Za raj wystarcza niebieskie tło, a odzwierciedleniem napełnienia Duchem Świętym jest nadmuchiwanie balonu. Nie obywa się także bez kiczowatych songów w stylistyce chrześcijańskiego rocka. Jest jednak jeszcze druga strona religijnego ożywienia. Zmienia się zachowanie postaci. Wszyscy padają na kolana przed Marią i odmawiają zdrowaśki. Ciężarna nie czuje się dobrze w roli nowej świętej. Tak jak inni stara się paść na kolana. Nikt jej na to nie pozwala. Kobieta opowiada żarty o Matce Boskiej, co ma być formą obrony przed całym zamieszaniem. Dotychczas apatyczny prowadzący zajęcia zrzuca maskę. Stara się zdobyć aprobatę Marii dla swojego wyglądu. Ten zabieg Farugi budzi zastanowienie. Czy jego zdaniem ludzie chcą szukać w religii uciszenia swoich fizycznych kompleksów? A może w ogóle chodzi o ich brak pewności siebie? Taki stan jest w końcu naturalnym skutkiem egzystencjalnych wahań i lęków.

Twórcy idą dalej. Opowiedziana zostaje historia muzułmańskiej matki, która wysadza się w powietrze. Jej osierocone dziecko ma pójść śladem rodzicielki. Czy zatem problemem okazuje się brak radykalizmu? Wszak trudno doszukać się wśród współczesnych chrześcijan fanatyków, którzy byliby skłonni oddać życie za wiarę. Islamskiej gorliwości zostaje zatem przeciwstawiony wzorzec szablonowego katolicyzmu. Uczestnicy szopki mają w stosunku do swojego Boga postawę roszczeniową. Pytają Marię, skąd wzięło się zło w ich życiu. Kobieta nie odpowiada, zaczynają się natomiast tańce w rytm nowej aranżacji ,,What a wonderful world”. Czyli mimo cudu nie dokonała się najważniejsza przemiana, która powinna sięgnąć nie tylko ludzkich serc, ale i umysłów. Faruga wyraźnie wskazuje na źródła obecnego stanu rodzimej religijności – duchowe lenistwo i niechęć do przełamywania własnych kompleksów.

Tutaj należy się jednak zastanowić nad jeszcze jedną kwestią. Jak sam reżyser ma się do zagadnienia wiary? Powinna ona zaspokajać ludzkie potrzeby, czy wprost przeciwnie – ma być wyzwaniem? Brakuje w spektaklu sformułowania takiego stanowiska. W obliczu muzułmańskiego radykalizmu dyskusje o roli religii i jej wpływie na człowieka wymagają większej ścisłości. Mam wrażenie, że Betlejem polskie powiela błędy podobnych dzieł dotyczących religijności. Przedstawienie trafnie wskazuje na źródła jej kryzysu. Pokazuje sprzeczność oczekiwań społeczeństwa z wyzwaniami stawianymi przez religię. Ta ostatnia zostaje tutaj jednak zbyt łatwo sprowadzona do pospiesznie odprawianych rytuałów i gier. Jest w spektaklu pewien pierwiastek cudowności, który zanika jednak w zalewie statycznych obrazów. Nie pomaga inscenizacji nierówna gra zespołu aktorskiego. Teatralne misterium Farugi mogło przynieść wstrząs. Pozostała jedynie melancholijna refleksja.

Szymon Spichalski