Kiedyś Jezus rodził się na polskiej wsi pod zaborami, a Maryja obiecywała niepodległość. Dziś naiwna sztuka Lucjana Rydla posłużyła do zbiorowej terapii Wszyscy wiemy, że Matka Boska była Polką. Ale że w szopce betlejemskiej obok trzech królów znalazł się powstaniec styczniowy czy konfederat barski, o tym już nie każdy pamięta. A tak przynajmniej było w "Betlejem polskim" Lucjana Rydla, pierwszy raz wystawionym we Lwowie w 1904 roku. Herod był w sztuce przedstawiony jako zaborca, a pod koniec zjawiała się Maryja i pokonanym patriotom obiecywała, że za nich zwycięży – i Polska powróci.

I wystawiano to bożonarodzeniowo-polityczne misterium pod zaborami, na Syberii i w wojennej konspiracji. Po co wystawiać je dzisiaj gdzieś indziej niż w szkolnym teatrzyku czy na charytatywnej imprezie? W Wałbrzychu zmierzył się z tym Wojciech Faruga, młody reżyser po udanym debiucie w Bydgoszczy. Galicyjskie Betlejem przeniósł na Dolny Śląsk, a zamiast utraconej Polski wprowadził małą społeczność leżącą gdzieś na uboczu, dotkniętą jakimś niepowodzeniami i zdegradowaną.

Rydel pisał: "Jasełka powinny mieć czysto miejscowy, swojski, czysto polski charakter. (…) Nasz lud nie stworzył Iliady, Nibelungów (…), ale za to u nas od wieków jasna kolęda w przyćmionej piekarni płakała w rymy ubrana najlichsze". Zatem – nasz kraj to peryferie. Miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc, gdzie zamiast tworzyć historie, którymi żyć będą inni – importowane opowieści przystraja się w swojski kożuch. Nie jest bez znaczenia, że do teatru zawodowego "Betlejem polskie" wróciło dopiero z początkiem lat 80., na fali rozmaitych narodowych przebudzeń i w momencie, gdy z "najweselszego baraku w obozie" Polska stawała się na powrót peryferiami zachodniego świata.

W Wałbrzychu z dramatu Rydla zostały echa betlejemskich postaci – Marii, Józefa, mędrców ze Wschodu… Ułani i kosynierzy odmaszerowali. Pozostał za to sam pomysł – rzucenie Wcielenia w ostępy polskiej prowincji. Reżyser napisał tekst na nowo, korzystając z aktorskich improwizacji. W zapyziałym, pokrytym starą boazerią wnętrzu spotykają się ludzie zepchnięci na ubocze. Kiepsko ubrani, noszą trochę "obciachowe" imiona w rodzaju Samanty czy Oliwiera. Biorą udział w czymś w rodzaju sesji terapii przez sztukę prowadzonej przez specjalistę z Warszawy (Filip Perkowski). Gdy mówią o sobie "jestem aniołem", "nazywam się Melchior", "jestem Maria", przyjmują role w psychodramie.

Pacjenci sporo opowiadają o religii. Trochę to przejaskrawiony ludowy katolicyzm z wyliczeniami maryjnych pielgrzymek i legendami o objawieniach, trochę New Age: opowieści o czakramach, miejscach mocy pod popularnymi sanktuariami. W ich wierze jest potrzeba bycia zauważonym, uznanym za kogoś ważnego, wprowadzenia w rutynę i beznadzieję jakiegoś sensu, porządku. A także – próba odbudowy zniszczonej wspólnoty, rozpaczliwie podejmowana przez Anioła (Mirosława Żak) – kogoś między teleewangelistką, konferansjerką a młodą miejscową dewotką. Ze swoją charyzmą stanowi ona przeciwwagę dla zrezygnowanego terapeuty.

Najważniejsze rzeczy w wałbrzyskim "Betlejem…" dzieją się nie w opowiadanych historiach, ale w samym nastroju, w rytmie podążania od groteski do tonu serio i z powrotem. Aktorstwo jest najmocniejszym atutem spektaklu. Artystów, których znamy z wyrazistych, wybuchowych kreacji, chociażby w teatrze Moniki Strzępki – tu odkryć można na nowo w wydaniu bardziej subtelnym, stonowanym i psychologicznym, choć niepozbawionym siły. Czuć ją w monologu Córki (Małgorzata Łakomska), gdy w bieg postaci ze starej gry komputerowej wpisuje bolesną historię dorastania – punkty dodatnie, ujemne, walka o uwagę ojca. Rozalia Mierzicka – wbrew dotychczasowym "infantylizującym" rolom – gra Marię jako kobietę silną, choć zdesperowaną, ostro przeciwstawiającą się upokarzającej sytuacji terapii.

Robiąc takie przedstawienie, nie jest łatwo uniknąć sentymentalizmu, egzaltacji. Reżyserowi i aktorom wspólnie się to udaje. Siła scenicznych charakterów nie pozwala spektaklowi osunąć się w banalne współczucie. Z kolei pewna dawka obsceniczności ocierająca się o bluźnierstwo chroni przed ckliwością i patosem.

To nie jest w żadnym razie realistyczny "portret biednej prowincji". Raczej rodzaj pejzażu wewnętrznego, opowiadanie o społeczeństwie przez jego fantazje czy psychozy. I choć mowa tu nie o przegranych powstaniach, ale o toksycznych rodzicach, ubóstwie czy braku perspektyw, to mechanizm z Rydla nadal działa. Jesteśmy podszyci traumą, a pewien specyficzny typ polskiej religijności jest odpowiedzią na nią. To stwierdzenie pewnie nie powala oryginalnością. Faruga ustrzegł się jednak wielu pułapek, o które nietrudno, gdy idzie się tym szlakiem. Nie patrzy z inteligencką wyższością, nie drwi, nie formułuje łatwych publicystycznych sądów. A terapeuta okazuje się równie słaby i poharatany przez życie jak jego podopieczni.

Witold Mrozek
Gazeta Wyborcza
9.01.2013