Lucy Maud Montgomery uczyniła z niej postać nieśmiertelną. Reżyserka Katarzyna Raduszyńska, w bardzo osobistej konfrontacji, postanowiła zaś podpalić aureolę jej rudych włosów i ściągnąć ją z Zielonego Wzgórza. Aniu Shirley, płoniesz?

Anie są dwie. Jedną z nich jest marchewkowo-piegowate stworzenie, rodem z książkowej ilustracji. We wzorzystej sukience, turkusowych butach, z przypiętym do twarzy uśmiechem; Rozalia Mierzicka to Shirley niemal kanoniczna. Obejmuje swój wielki brzuch i radośnie śpiewa kilka zwrotek o dziewczynce z Avonlea. Później znika, by zasiąść na różowej antresoli, skąd jak z wieży strażniczej będzie obserwować to, co dzieje się w pokoju poniżej.

A tam, wśród ścian pamiętających późnego Gierka i w towarzystwie kilku kobiet, czeka inna Ania, do lekturowego emblematu niepodobna. Ubrana w dres i nieumalowana, zabiera widzów w podróż w czasie i opowiada o swoim świecie. Polska lat 90., małe miasteczko, znienawidzone firany, niewygodna wersalka – krajobraz bitwy dorastania. Ania przyjechała do opustoszałego domu po raz ostatni, aby go sprzedać. Ale nim to nastąpi, musi odbyć swój spirytystyczny seans i rozmówić się z głosami – matki, ciotki, kuzynki, Diany – które przywołują ją do porządku.

Na styku tych rzeczywistości, czasów i języków, Raduszyńska buduje bardzo przejmującą wypowiedź o bolesnych skutkach oczarowania młodych dziewcząt obietnicą szczęścia, mogącego spełnić się w ramach swoistego modelu kobiecości. Modelu, który utrwaliła Montgomery, wszczepiając do wyobraźni chłonnych czytelniczek wzór dobrej, romantycznej i gotowej do poświęcenia Ani. Ani, każdej z nas?

Reżyserka oskarża pisarkę, której losy w znacznej mierze są prototypowe dla losów Shirley, o nieuczciwość wytwarzania kobiecego fantazmatu. Podobnego temu, jaki w nowych wariantach, lecz z odwieczną wspaniałomyślnością, powielają kolejne pokolenia matek. Dlatego Raduszyńska powołuje w spektaklu swoisty chór kobiecy, który w ironicznej tonacji śpiewa piosenki o byciu „godną urodzić dzieci wspaniałemu mężczyźnie”.

Jednostkowe doświadczenie wypowiadane przez polską Anię zostaje wpisane w plan ogólniejszej refleksji feministycznej: o reprodukowanym schemacie i jego wszechobecnej groźbie. I pewnie dlatego trudno mi zrozumieć, dlaczego ta konstruowana wspólnota w jednej ze scen jak mantrę powtarza słowo „czekam”. „Czekanie” i jego zbiorowa reprezentacja wyprowadza myśl o świadomej kobiecie w niebezpieczną stronę. A „Ania nie z Zielonego Wzgórza” nie czeka, czekać nie powinna. Inaczej oznaczałoby to, że w kieszeni dresowych spodni nosi muślinową wstążkę – pozostałość po sukni z bufami. A może ją nosi?

„Nie ufaj innym, a szczególnie najbliższym” – radzi Ania Papużka (Małgorzata Białek) w przekornie dyktowanym przepisie na córkę doskonałą, istotę pokorną, posłuszną, wdzięczną rodzicom. Bo „przecież mamy dziecko po to, aby wspierało nas”. To tylko jeden ze sposobów, w jaki Raduszyńska z Głuchowską mówią o skomplikowaniu relacji matki z córką. Relacji ustawicznie drążonej przez chorobę wzajemnych oczekiwań, projektów, wymagań, obietnic.

W pokoju polskiej Ani stoi aparat tlenowy i wydaje z siebie nieznośne buczenie. Ta maszyna pomaga chorej matce oddychać, wydłuża jej życie. Podobnie jak odwiedziny córki, choć ciągle są zbyt rzadkie, zbyt krótkie. Podłączona do rurki matka (Irena Wójcik) wypowiada swoje pragnienie szczęścia – „domu wypełnionego miłością” i zgodą. Pragnienie, które trudno spełniać, trwając przy pogrążonym w nałogu mężu. Podobnie, jak trudno matce uniezależnić się od Ani, nie czytać jej listów pisanych do Diany (Mirosława Żak) o narkotykowych wyczynach i seksualnych doświadczeniach; zrozumieć, że pogląd córki od poglądu matki może wiele dzielić.

I choć aparat nie przestaje buczeć, w spektaklu robi się coraz duszniej. Raduszyńska podłącza do niego ciężarną Anię, szczęśliwą żonę Gilberta. W przejmującym monologu Rozalia Mierzicka mistrzowsko opisuje swoje marzenie – sukienkę z bufami, którą dostała od Mateusza. Wyczerpana wypowiadaniem tej przeklętej wdzięczności, pada. Ale wstaje, bo tak napisany jest jej scenariusz. Z wersalki, należącej do polskiej Ani, wyciąga kremową suknię i siada wśród białych baloników, które unoszą się nad znienawidzonym meblem. Wraz z nimi unosi się przechowywana pamięć lektury, romantyczny sztafaż, dziewczęca czułość. Zostaje w pokoju, w którym nie ma już drugiej Ani. Ta przebaczyła sobie wiarę we własną niedoskonałość i opuściła dom duchów.

„A, nie z Zielonego Wzgórza” to przede wszystkim spektakl o dorastaniu do samego siebie i poszukiwaniu dorosłego języka. Dorastaniu, które staje się jeszcze trudniejsze, gdy jest się kobietą. I choć trudno zgodzić się na założoną tu reprezentację, choć jednoznaczność antyfeminizmu Lucy Maud Montgomery wydaje mi się w wielu punktach wątpliwa, a pierwsza połowa znacznie zagadana, Raduszyńskiej udało się stworzyć niezwykle dotkliwy i wzruszający spektakl o dziewczęcym złudzeniu, potrzebie identyfikacji i zrozumienia. A każdej z widzek zadać pytanie: jaką wstążkę ty nosisz w kieszeni?

 

Dorota Kowalkowska
Dwutygodnik