Lot nad kukułczym gniazdem (One Flew Over the Cuckoo's Nest) - Ken Kesey
Reżyseria: Maja Kleczewska
Scenografia: Katarzyna Paciorek
Muzyka: Paweł Kolenda
Przekład: Bronisław Zieliński
Adaptacja: Dale Wasserman
Premiera: 24 listopada 2002
Czas trwania przedstawienia 135 min. (1 przerwa)
Występują:
Irena Wójcik, Marta Zięba / Beata Rynkiewicz-Zaborowska, Łukasz M.Brzeziński, Sławoj Jędrzejewski, Piotr Kondrat, Dariusz Maj, Tomasz Orpiński (gościnnie), Dariusz Skowroński, Mariusz Stachowiak (gościnnie), Andrzej Szubski, Piotr Tokarz, Ryszard Węgrzyn, Maciej Wojdyła (gościnnie), Adam Wolańczyk (gościnnie), oraz statyści
Lot nad kukułczym gniazdem to pytanie o granice między normalnością a psychiczną dysfunkcją, to także głos w dyskusji o prawie i swobodzie wyboru zachowań i konsekwencjach, które przychodzi nam ponosić za ich przekraczanie. "Kiedy nie można odnaleźć swojego miejsca w rzeczywistości, można stworzyć sobie świat zastępczy, poszukać miejsca gwarantującego względne bezpieczeństwo i szansę na przetrwanie. Ale za jaką cenę?"
I miejsce w konkursie na recenzję – Magdalena Kubiak
Uczta dla oka! Spektakl w reżyserii Mai Kleczewskiej to prawdziwe arcydzieło, którego nie powstydziłaby się żadna ze światowych scen teatru. "Lot nad kukułczym gniazdem" to wyborna adaptacja słynnej powieści Kena Kesey’a z 1962 roku. Nawet tak znaczna różnica czasu, dzielące okres powstania książki i moment wyreżyserowania dramatu, nie ma wpływu na entuzjastyczny odbiór działa. To ta magiczna świeżość, oryginalny pomysł i niezapomniana technika wykonania sprawiają, że sztuka, będąca metaforą dawnego życia w systemie totalitarnym, zyskuje uznanie także u współczesnego widza.
Kluczowym elementem, wpływającym na stale wyczuwalny autentyzm kreacji aktorskich, okazał się trafny dobór obsady. Odtwarzający rolę McMurphy’ego Maciej Wojdyła godnie podjął rękawicę, jaką rzucił mu filmowy odtwórca tej samej roli, Jack Nicholson, niezrównana gwiazda kinowej adaptacji "Lotu nad kukułczym gniazdem" z 1975 roku w reżyserii Milosa Formana. Postać McMurphy’ego to z pewnością jedna z najbardziej złożonych ról w całym spektaklu. Bohater przechodzi bowiem zasadniczą ewolucję od cynicznego i kontrowersyjnego aroganta po postać wewnętrznie wypaloną, pokonaną, która bez trudu pozyskuje sobie nasze współczucie. Reżyserka stopniowo więc nasycała spektakl klimatem bezradności i klęski. Celowo też dawała widzowi nadzieję na pomyślne zakończenie, po czym niespodziewanie ją odbierała, prowokując nowe pytania i wątpliwości.
Konsekwentnie natomiast kreowała wizerunek siostry Ratched Irena Wójcik. Aktorka w mistrzowski sposób oddała kamienne oblicze Wielkiej Oddziałowej, na pierwszy rzut oka mechanicznej, bez wdzięku i inwencji, jednak wzbudzającej największe emocje. Jej przepełnione niezwykłą siłą kwestie sprawiały, że strach, odczuwany przez zgromadzoną na scenie obsadę również dla widowni stawał się niemal namacalny.
Także gra pozostałych aktorów sprawiła, że nie można pominąć jej milczeniem. Szalenie intryguje więc Piotr Kondrat jako Billy Bibbit. Niezwykle sugestywna kreacja Bibbita z filmowej adaptacji "Lotu nad kukułczym gniazdem" sprawiła, że zwątpiłam w to, że jakikolwiek aktor może jeszcze kiedyś dorównać tak perfekcyjnemu wykonaniu. Kondrat zahipnotyzował mnie jednak finezją, z jaką wskrzesił wizerunek małego dziecka, uwięzionego w ciele dorosłego mężczyzny. To druga po siostrze Ratched postać, która wywarła na mnie tak niezapomniane wrażenie. Do dzisiaj pamiętam scenę poprzedzającą śmierć Billy’ego, w której uzewnętrznione przez aktora przerażenie udzieliło się całej publiczności. To chyba najbardziej dramatyczny moment w całej sztuce, a rumieńców nabiera właśnie za sprawą wzruszającej gry Kondrata. W pewnych chwilach rozczarowuje natomiast rola Mariusza Stachowiaka jako Wodza Bromdena. Nie można jednak zapomnieć o tym, że w książce Kesey’a to właśnie on występował w roli narratora, sztuka natomiast uniemożliwiła podobny zabieg. Trudno więc zauważyć w postaci jakikolwiek dramatyzm, który rozdzierał przecież wnętrze książkowego Wodza. Trafne wydaje się więc stwierdzenie, że pozycja kesey’owskiego Indianina nadal pozostaje niezagrożona.Zupełnie inaczej więc stopniowała emocje książka i inaczej pokazała je sztuka. Czytając książkę, zdawało mi się bowiem, że cały dramatyzm wydarzeń ginie gdzieś pośród bieli zimnych szpitalnych ścian. Miałam wrażenie, że ta wszechobecna geometria, pożera tkwiącą w treści pasję. Przedstawienie odsłoniło natomiast całą esencję targających bohaterami uczuć. Wirtuozeria gry obsady sprawiła, że geometria była tutaj jedynie tłem dla krzyczącej ze sceny ekspresji. Wszystkich aktorów można pochwalić za nienaganną dykcję, która nie pozwala ujść uwadze żadnemu słowu, co harmonijnie uzupełnia starannie dopracowana w każdym szczególe gra ciałem. Gesty były tu o tyle ważne, że mówiły więcej, niż mogły wyrazić słowa. Także celowe wykraczanie aktorów poza scenę miało duży wpływ na wytworzenie więzi między widownią a artystami. Na uwagę zasługuje także muzyka. Stworzone przez Pawła Kolendę tło akustyczne sprawiło, że publiczność zapominała chwilami o tym, że znajduje się w teatrze i całkiem nieświadomie przenosiła się do magicznego świata szaleńców.
Właściwemu odbiorowi sztuki sprzyjała oszczędna, lecz jakże wymowna scenografia. Odpowiedzialna za nią Katarzyna Paciorek z wyczuciem i dobrym smakiem pokazała sterylne wnętrze szpitala. Rezygnując natomiast z nadmiernej ilości rekwizytów, ustrzegła dzieło przed zbędnym chaosem i zachowała subtelny wyraz całości. Brawa należą się również za pobudzające zmysły i wyobraźnię oświetlenie. To ono kontrolowało czas i rozwój akcji, zwracało uwagę widza na najistotniejsze fragmenty scen, a także współtworzyło tajemniczy nastrój. Pamiętam, że gdy po raz pierwszy ujrzałam wystrój schowanej jeszcze w mroku sceny, serce zabiło mi mocniej. Pełna niepokoju czekałam na rozpoczęcie przedstawienia. Pierwszy raz znalazłam się w środku świata, o którym do tej pory tylko czytałam, lub którego obserwowałam z daleka. Wraz z zapaleniem świateł wszystko ożyło. W jednej chwili cała, ukryta za kulisami magia rozlała się na salę. I chociaż doskonale wiedziałam, co się zaraz wydarzy, to jednak z zapartym tchem oczekiwałam dalszego rozwoju wydarzeń. Kolejne sceny żonglowały wręcz emocjami zebranych. Przyciemnione, lekko pulsujące w oddali światła i rytmiczne dźwięki muzyki, zniewalały z każdą chwilą coraz bardziej. Były to więc także blisko dwie godziny fascynującej walki z emanującą ze sceny manipulacją. Bezpiecznie było spoglądać na spektakl z perspektywy widza tym bardziej, że oprócz podziwu i zaciekawienia sztuka budziła także strach. Były momenty, w których na sali zalegała zupełna cisza i wtedy dało się słyszeć kołatanie własnego serca. Nie ma wątpliwości, że przedstawienie wywiera niezapomniane wrażenie. Żadna scena nie pozostawia bowiem obojętnym, każda natomiast wywołuje wrażenie, że jest się wobec niej bezradnym.
Niesamowite jest także to, jak długo pozostaje się pod działaniem wywołanych przez sztukę emocji. Spektakl nie daje w zasadzie możliwości wyboru uczuć, jakie chciałoby się w danej chwili odczuwać. Raz każe się śmiać, zaraz zmusza do powagi, by za chwilę zmienić wydana dyspozycję. Ta sztuka posiada w sobie zadziwiającą siłę. Jest ciekawa, tajemnicza, ale intryguje też przebiegłością. Paradoksalnie dyryguje więc postawami nie aktorów, a widowni. Niepostrzeżenie włącza ją w nurt wydarzeń, osacza i poddaje całkowitej kontroli, Zaskakujące jest jednak to, że na długo po opuszczeniu teatru, gdy wszystko już się skończyło i można było spokojnie powrócić do normalnego życia, coś nadal nie pozwalało zebrać myśli. Coś wciąż zastanawiało, niepokoiło i nie pozwalało o sobie zapomnieć. Rozkosznie było się temu poddać. Nieznaczne zmiany, jakie reżyserka wprowadziła do sztuki i scen, z których była zmuszona zrezygnować, także nie popsuły efektownego wyrazu przedstawienia. Niektóre jednak bardzo mnie zaskoczyły. Nie spodziewałam się bowiem zupełnie nowego zakończenia, w którym Wódz nie zabija, jak to było w książce i filmie, McMurphy’ego, ale wraz z nim opuszcza szpital. Nie zmieniło to co prawda faktu o ostatecznej klęsce Maca, ale zakłóciło w jakiś sposób utrwaloną już w mojej podświadomości wizję śmierci bohatera. Zastanawia mnie więc sens wprowadzenia tego nowatorskiego posunięcia. Być może jednak reżyserka nie chciała pogodzić się z tak wyrazistą porażką postaci i postanowiła chociaż w ten symboliczny sposób uratować jej życie? A może wcale nie chciała zakończyć tak spektaklu i zapowiedziała tym samym ciąg dalszy? Cieszę się jednak, że nie udzieliła konkretnej odpowiedzi na te pytania, bo dzięki temu jeszcze długo będę pamiętać o jej oryginalnym pomyśle na realizację sztuki. To zastanawiające, jak silnie taka mała scena, wąska grupa ludzi i kilka plastikowych krzeseł mogą oddziaływać na człowieka. Dziwne, jak szybko te parę kwestii może skłonić do godzinnych rozmyślań. Ciekawe też, ile czasu upłynie, zanim ktoś powtórzy sukces Mai Kleczewskiej. Przedstawienie to bowiem warte jest obejrzenia, jednak nie raz, nie dwa i nawet nie dziesięć. Obejrzę je więc znowu i będę oglądać do czasu, aż dowiem się, czy komuś udało się w końcu przelecieć nad kukułczym gniazdem.


















spektakl mistrzostwo, obsada aktorska jest niesamowicie dobrana. poprostu drugiego takiego niewidziałem:)
Podoba mi się kierunek, w którym zmierza Kleczewska.
Czy będzie jeszcze grana ta sztuka???
Niestety spektakl zszedł z afisza już dawno temu… przykro nam. Ale zapraszamy na inne nasze spektakle. Do zobaczenia w sezonie ZNAMY ZNAMY