„Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł” – czyli co nas wkurza, opisuje i krępuje
Nagroda w kategorii „Młodzież szkolna”
Wiktoria Blicharz
Godło: Tutu
„Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł"
czyli co nas wkurza, opisuje i krępuje
Spektakl w reżyserii Moniki Strzępki „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł" to wyjątkowo trafna esencja wszystkiego, co nas boli, pali i nie daje nam spokoju. Oglądanie najbardziej jaskrawych wypaczeń, które nas dotyczą, skondensowane i przejaskrawione (czy na pewno?) może niewątpliwie wprowadzić widza w niemałą konsternację, ale może też dać do myślenia, a o to przecież chodzi twórcy (nie jest to przyznaje wyjątkowo odkrywcze). Spektakl, w moim odczuciu, jest ilustracją polskich przywar, m.in. typowej dla nas wiary w zabobony i wszechstronną potęgę ogólnie pojętego Zachodu, który jest jedyną drogą i największym marzeniem każdej początkującej „gwiazdy" z prowincji. Pokazuje także nasze najmniej oryginalne lęki i wyobrażenia o pewnych grupach społecznych, choćby paskudnych księżach pedofilach, którzy, o czym wie każdy praktykujący i niepraktykujący katolik, istnieją i istnieć będą, a ponadto deprawują i deprawować będą.
Spektakl porusza problemy bardzo aktualne, najszerzej z nich zarysowany jest niewątpliwie motyw emigracji, dotykającej nie tylko tych, którzy wyjeżdżają i mniej lub bardziej tęsknią za ojczyzną, ale przede wszystkim, paradoksalnie, tych którzy w tej podłej ojczyźnie zostają.
Zauważyć możemy także, w znakomitej, bardzo wyrazistej kreacji Moniki Fronczek, odtwórczyni postaci, która jest nosicielką bardzo charakterystycznej dla Polskich kobiet ambicji, ukierunkowanej na szybką „karierę" (cokolwiek to oznacza), osiągniętą wszystkimi dostępnymi bohaterce sposobami, łącznie z najbardziej plugawymi i autodestrukcyjnym, zapewniającymi łatwą i przyjemną degrengoladę. Jak łatwo, doszłam do wniosku podczas spektaklu, znaleźć przykłady brylujących na różnych polach istotek, których wkład pracy w dopieszczanie swojej zewnętrzności jest odwrotnie proporcjonalny do próby podrasowania swojego szeroko pojętego wnętrza.
Bardzo podobała mi sie także postać stworzona przez Dariusza Maja, grającego biskupa, a to dlatego, że wydaje mi sie być wyjątkowo zbieżna z obiegowym wyobrażeniem kapłana chętnie oddającego się zakazanej rozpuście. Bardzo autentyczny był także Piotr Wawer ,który stworzył kolejną typową, w polskim środowisku postać, tym razem dresa. Zarówno język, mimika, gesty, ton głosu, jak i elementy skracania dystansu pomiędzy nim, a innymi postaciami, są nad wyraz sugestywne.
Bardzo podobały mi się sceny, w których dominująca rolę odgrywała Beata Rynkiewicz-Zaborowska, wraz z wyjątkowo umiejętnie dobrana muzyka, powodowały one u widza strach. Pytanie tylko, czy jest to strach wywołany jedynie charakteryzacją aktorki i określoną harmonią dźwięków. Moim zdaniem, to także lęk przed tym, z czym się jeszcze nie rozliczyliśmy, co siedzi w nas bardzo głęboko i jest tym, co nie pozwala nam na autonomiczny, oderwany od tego rozwój. Być może to „coś” porównać możemy do gombrowiczowskiej formy, która kształtuje naszą polskość, nadaje charakter naszym wyobrażeniom o tym, jacy powinniśmy być, jak powinniśmy się zachowywać, co jest dla nas stosowne, w czym odnajdujemy analogię do konkretnej sytuacji i wreszcie, z czym po prostu jeszcze sobie nie poradziliśmy. Ta oto forma nadaje kształt naszemu światopoglądowi, ogranicza nas, najogólniej kształtuje nasz sposób myślenia. Dopiero poza nią będziemy naprawdę wolni, przede wszystkim myślowo, a w konsekwencji także w naszych czynach i zachowaniach. Dopiero po rozliczeniu się z pewnymi faktami i naszą historią, będziemy mogli wyciągnąć wnioski, a następnie bogatsi w nie przejść do nowego, nieskrępowanego konwenansami, wolnego, myślenia.
Te fakty, historia to przede wszystkim okres wojen, obozów koncentracyjnych, okrutnego traktowania nas przez przedstawicieli innych narodów, do których żal, czasem nienawiść mamy do teraz, na której często bazujemy jeśli chodzi o nasze relacje czy sposób myślenia np. o Niemcach. Te fakty, to także PRL, którego jednymi z symboli są Jaruzelski, reglamentacja i wszechobecny, dominujący we wszystkich sferach życia niedobór. To w kontekście tych zagadnień rozpatrujemy naszą dzisiejszą sytuację, to na nich bazujemy i do nich nieustannie się odnosimy, nawet kiedy nie można tego w żaden sposób uzasadnić. Poza tym, że po prostu nadal są one w nas żywe i obecne.
Kolejnym fundamentem naszych odniesień, poglądów na dany temat czy motywacji, które nami kierują są mity narodowe i wytworzone na ich podstawie stereotypy, które może wiele ułatwiają i bardzo porządkują nam rzeczywistość, ale na dłuższą metę, jak to bywa z ułatwieniami, są dla nas zgubne. Każdy Niemiec jest zły, z żadnym Niemcem nie warto rozmawiać, wszystkich Niemców nienawidzę, TYM Niemcem gardzę, bo jego pradziadek gwałcił moją prababkę w burdelu obozowym. To nami kieruje, to nami kierować będzie, dopóki z naleciałościami naszej przeszłości się nie rozliczymy, nie uporamy, nie wyciągniemy wniosków i nie zaczniemy żyć, wyzwoleni od tego, choć bogatsi w to, co niewątpliwie daje każde, właściwie przetrawione wewnętrznie doświadczenie.
Interesująca jest forma spektaklu, będąca splotem opowieści o wydarzeniach, które doprowadziły do śmierci każdego z bohaterów. Fragmentarycznie, powoli, widz dowiaduje się o krzywdach, niesprawiedliwości jakich doświadczyła każda z postaci i ma możliwość skonfrontowania tego z własną oceną poszczególnych bohaterów.
Spektakl „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł” jest świetny bo wyśmiewa. To jego największa zaleta. I czy nie jest przypadkiem hipokryzją, opuszczanie teatru z oburzoną miną (czasem nawet w trakcie trwania przedstawienia), bo na scenie zobaczyliśmy samych siebie?


















