Teatralny Wałbrzych i Maja Kleczewska. Rozmowa z reżyserką „Fedry” w Narodowym

Maja KleczewskaGdzie można było ostatnio spotykać Maję Kleczewską, jedną z najzdolniejszych reżyserek młodszego pokolenia? W drodze – między Warszawą a Wałbrzychem. 

W Teatrze Narodowym przygotowywała "Fedrę", w naszym niewielkim – imienia Szaniawskiego pilnowała, by jej wznawiane "Czyż nie dobija się koni?" wciąż wyglądało na scenie tak, jak je stworzyła w 2003 roku. Skąd taki rozrzut miejsc działalności twórczej? Wałbrzych przecież w świadomości przeciętnego mieszkańca metropolii (nawet tej najbliższej – Wrocławia) jest uroczyskiem, gdzie wilki biegają nocą po ulicach, – Mordorem, jak po tolkienowsku nazwał go jeden z wałbrzyskim internautów na stronie miłośników teatru.

- Jednak…Wałbrzych wśród ludzi teatru jest już miejscem rozpoznawalnym… -protestuje Maja Kleczewska – i dziwię się temu pani zdziwieniu. Lubię tu przyjeżdżać; nie ja jedna… Dla artystów to jest miejsce twórczej wolności w sensie dosłownym, bo jesteśmy oddzieleni od świata, jakby na wyspie. Mieszkamy razem – dom aktora z pokojami gościnnymi jest tuż obok, właściwie cały czas jesteśmy w teatrze. Mamy czas skupić się na sobie nawzajem. Rozmawiamy, dyskutujemy. Czas płynie wtedy inaczej, wolniej, nasze spotkania nie odbywają się w biegu. Mam tu takie poczucie, że się razem starzejemy i to jest przyjemne.

– Starzejmy? Nie za wcześnie na takie stwierdzenia? Do tematu! Pani rozpoczęła cykl pięknych reżyserskich karier. W Wałbrzychu debiutował Jan Klata, niedawno eksplodował talent Artura Tyszkiewicza, był jeszcze dramaturgiczny debiut Michała Walczaka. Jednak to pani zaryzykowała w 2002 roku działanie w chylącym się ku upadkowi teatrze… Jakie były pierwsze wrażenia z miasta biedaszybów?

- Pamiętam raczej teatr z tamtego czasu. Byłam przerażona ich sytuacją. Aktorów zastałam przygnębionych. W budynkach – grzyb. Panowała atmosfera schyłku i jakiegoś dziwnego rozpadu. Wtedy podziałało to na nas bardzo stymulująco. Okazało się silnym bodźcem do działania. Już nawet nie pamiętam, kto wpadł na pomysł "Lotu…" chyba wspólnie wymyśliliśmy go z Piotrem Kruszczyńskim, znanym mi od dawna, który właśnie objął tam kierownictwo artystyczne. Ważnym momentem było pierwsze spotkanie z zespołem. Aktorzy okazali się odważni i otwarci; byliśmy i mam nadzieję – wciąż jesteśmy – siebie nawzajem ciekawi. To jest zespół, z którym można ryzykować i eksperymentować – obdarza reżysera zaufaniem – teraz – z perspektywy czasu widzę – zaufaniem rzadko spotykanym.

- A "Lot nad kukułczym gniazdem" stał się kołem ratunkowym dla wałbrzyskiego teatru, o likwidacji którego głośno mówiono wówczas we Wrocławiu. Spektakl otrzymał nagrodę zespołową na 43 Kaliskich Spotkaniach Teatralnych, liczne jeszcze honory i wyróżnienia w innych konkursach, był też pokazany na scenie Narodowego. Jakie więc miejsce w pani życiu ma ten etap „wczesnego" Wałbrzycha?

- Dość szczególne. Debiutowałam w Krakowie, w "Słowackim" sztuką "Jordan" , potem były "Noże w kurach" . Pracowałam też w Jeleniej Górze, ale to Wałbrzych był dla mnie punktem wyjścia, startem do dojrzałego myślenia o teatrze.

- Po realizacji „Lotu…" wyjechała pani do Opola i zabrała się za "Makbeta", a wałbrzyski teatr zdobywał prestiżowe nagrody za kolejne powstałe tu spektakle, zaczął też bywać na zagranicznych festiwalach i przeglądach, na przykład w 2004 roku w Paryżu w Sezonie Polskim z „Kopalnią" Michała Walczaka. Fenomen to, zjawisko paranormalne? Przecież to nadal miasto biedaszybów i tak jest kojarzone, nawet specjalna strefa ekonomiczna niewiele zmieniła w tej powszechnej świadomości.

- Ależ to jest miejsce bardzo inspirujące. Znam przykłady przemysłowych miast, choćby niemieckich, które są jednocześnie ważnymi ośrodkami kultury. Bo rodzaj nieustannego napięcia, tęsknoty za jakimś innym, lepszym czasem, dziwne zawieszenie i oczekiwanie zmiany – panujące w takich miejscach, to wszystko sprzyja sztuce. Gdyby w Wałbrzychu i nie tylko tu – stare fabryki, podupadające budynki kopalń oddać muzykom, performerom, malarzom – gdyby w miesiącach letnich organizować wielkie festiwale sztuki – miasta tętniłyby nowym życiem.

- Marzenia! Nie przypadkiem przywołałam tu „Mordor". W Wałbrzychu najstarszą na świecie górniczą maszynę wyciągową rozszabrowali złomiarze, mimo że niby była pilnowana. Coś tam jeszcze z przemysłowych zabytków ocalało w muzeum techniki. Ostatnio na przemian pracowała pani w stolicy i na naszych rubieżach.

- Bardzo różnią się te światy?

- Dla mnie – wcale, bo w czasie powstawania spektaklu ważne jest, by nawiązać taki kontakt z zespołem, żeby nie wstydzić się pracować twórczo. Mówię o wstydzie, bo jest to proces dla reżysera samoodsłaniający. I nie ma znaczenia, czy dzieje się to w Warszawie czy w Wałbrzychu, a wspólny język z zespołem i tak zawsze trzeba znaleźć na nowo. Inaczej nie będzie spektaklu.

- Po premierze „Makbeta" okrzyknięto panią skandalistką?

- To są etykietki tworzone na potrzeby mediów. Jak bym sama siebie określiła? Jeszcze na to za wcześnie, ale nie czuję się skandalistką. Czy łatwo być twórcą młodym i na topie w naszym współczesnym teatrze? Casus reżyser-kobieta omówiła pani w jednym z wywiadów i rozumiem, że ma już pani za sobą pokonywanie uprzedzeń, ale pozostaje problem "w ogóle" , zwłaszcza że nie są to najlepsze lata polskiego teatru, żeby nie powiedzieć kryzysowe.

- Nie mam poczucia kryzysu; wręcz odwrotnie. U progu kariery jest wielu bardzo młodych, utalentowanych reżyserów. Za to dostrzegam zagrożenia w bezwzględnej komercjalizacji. Powstają przedstawienia, których celem jest wyłącznie przynoszenie zysku; to wiąże się m.in. z chęcią, a raczej koniecznością bezkrytycznego przypodobania się publiczności. Wtłaczanie teatru w pojęcia zysku, rynku, produktu może doprowadzić do kompletnego twórczego wyjałowienia. Jeżeli będzie w nas siła, by się temu przeciwstawić – nie martwiłabym się o kryzys.

- Jaka jest „Fedra" w pani reżyserii?

- To interpretacja antycznego mitu. Wersja Eurypidesa i Seneki zderzona z tym, jak myślą o Fedrze autorzy współcześni. To sztuka o zmaganiu się człowieka z samym sobą, o próbie zrozumienia własnych uczuć, o próbie zapanowania nad nimi. I o tym, jak umysł nie potrafi radzić sobie z tym, co w nas nieświadome.
– Spektakle zdecydowanie lepiej oglądać niż opowiadać o nich i warszawscy widzowie właśnie będą mieli okazję poznać całość pani twórczości. Właśnie trwa Kleczewska Fest…

- To nie będzie „fest", tylko pokaz kilku spektakli!

- W każdym razie Wałbrzych przyjedzie z „Czyż nie dobija się koni? I jeszcze o tym mieście, bardziej osobiście: spotkała tu pani swojego przyszłego męża, aktora Piotra Kondrata. Gdzie jest wasz dom?

- W Warszawie.
– Rozmowa o miłości życia to temat dla różnych innych gazet…

- Racja. Nie używałabym nawet tu takich określeń. Banalne.

Rozmawiała: Violetta Waluk

Ostatnio skomentowane: