Kronika Fanaberii: Dzień trzeci – Mistrzowie i debiutańci
Projekt Charms.
Spektakl zainspirowany poezją – spektaklem bez słów. Najzwyklejsze przedmioty stają się teatralne i zaczynają grać. Aktorzy grają ciałem, ale nie jest to sztuka mimów. Gubimy się po tych zapowiedziach? Przecież już w tym momencie znaleźliśmy się w teatrze absurdu, bo inspirator Daniił Charms z Oberiu był wraz z innymi członkami grupy ojcem tej formy sztuki, czystszej nawet, twierdzą krytycy, niż u francuskich dadaistów. Rosja sowiecka lat dwudziestych, nie było chyba podatniejszego gruntu na rozwój sztuki absurdu!
Skoro tak – wszystko w tym spektaklu było możliwe. Zapowiedzi okazały się prawdziwe. Oleg Żukowski i Zoltan Perovics wtopili się w przestrzeń teatralną, gdzie grać zaczęło wszystko włącznie ze strząśniętymi kroplami wody i pyłkami wdmuchniętymi w smugę światła. Perfekcja działań obu artystów była wręcz nieprawdopodobna. Spektakl – rewelacyjny, zakończony – jak w teatrze absurdu tak, że kwiaty można było wręczyć artystom dopiero podczas spotkania z widzami, które toczyło się nadal w takim rytmie, choć z użyciem słów. Poezję grupy Oberiu jako jedni z pierwszych w naszym kraju zaczęło popularyzować poznańskie "Biuro Podróży". Skoro o tym teatrze mowa, to wspomnieć należy Piotra Kruszczyńskiego. I nasz dyrektor artystyczny przyznał, że grał w takiej sztuce i… powiedział wiersz "absurdalny", z niej wzięty.
W spotkaniu uczestniczyła, a wcześniej pomagała w spektaklu, Barbara Prądzyńska, która od dawna zna obu artystów i pracowała już z nimi. Teraz była również tłumaczem. Wyjaśniła się wreszcie sprawa chińskiej opery, która, jak mi się wydawało, miała być częścią spektaklu poetyckiego bez słów. Mogło mi się wydawać, przecież to teatr absurdu! Artyści mieli swego czasu zlecenie na tę operę, która miała trwać minut 55, ale całość działań zamknęła się w minut 50. "Dorobili" więc czymkolwiek brakują minuty, ale tak im się to spodobało, że wyrzucili operę i tę "doróbkę" rozwinęli w spektakl. Prawda to czy teatr absurdu? A ja pracowicie kserowałam libretto dla widzów, żeby – jak w operze. Ech, teatr absurdu…
![]()
I debiutanci…
…ale jakiej klasy! Dyplomowa "Gąska" z łódzkiej "Filmówki" została dosłownie obsypana nagrodami. Jednak, co dobre też się kończy i piątka sympatycznych młodych ludzi wyznała widzom zebranym na tradycyjnym spotkaniu po spektaklu, że było to najprawdopodobniej ich ostatnie przedstawienie, bo drogi się rozchodzą, kontrakty, umowy… Z żalem sobie westchnęli, że tak dobrze im, jak w szkole, nie będzie już nigdy. Zaczyna się zawodowa dorosłość. Czy dlatego trochę jakby bliski stał się dla nich casus prowincjonalnego teatru w Zabitodechowsku?
Przyznali, że ulegli urokowi lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, wsparci opowieściami reżysera Waldemara Śmigasiewicza o śmiesznostkach ówczesnego życia w "Sojuzie". Po pierwszym szoku polubili stare szafy i inne elementy scenografii. Podyskutowali jeszcze o potrzebie miłości itp. A teraz w drogę, czeka "prawdziwe" życie.


















