Co zastanie, kiedy wzejdzie?
Wiktoria Blicharz godło „Wika"
Premiera spektaklu Gerharta Hauptmanna „Przed wschodem słońca" (w oryginale: Von Sonnenaufgang) w reżyserii Marianny Wendt odbyła się 17 września 2005 roku w Teatrze Dramatycznym im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu.
Sztuka przedstawia rodzinę Krauze – nowobogackich, którzy dorabiają się majątku na sprzedaży węgla.(…) [Są] pełni zakłamania, dwulicowi, pod pozorną gościnnością i otwartością skrywają zachowania wręcz patologicznie. Uczciwość i pracowitość pana domu również pozostawiają wiele do życzenia. Ludzkie skłonności do korupcji i krętactwa, jak widać, są ponadczasowo. (…) Komiczne wręcz sytuacje wynikają z nieznajomości czy też niepełnej wiedzy na temat zagranicznych obyczajów. Pozorny spokój zakłóca przybycie Alfreda Lotha, idealisty i osoby o skrajnie różnych poglądach i skłonnościach niż członkowie tej rodziny.
Reżyserka spektaklu odniosła tekst dramatu do realiów współczesnego Wałbrzycha. Porównanie jest nad wyraz trafne. Jednakże bardzo zagadkowy i nie do końca zrozumiały jest wybór scen, które z założenia w przedstawieniu teatralnym mają służyć naświetleniu jednego głównego wątku, problemu.(…) Wyróżniającą kreację aktorską stworzyła Lidia Michałuszek. (…) Bezbłędnie oddała dwulicowość i fałsz kobiety, której zamiarem jest doprowadzenie do ślubu własnego kochanka z siostrzenicą. Natomiast kreacja Hoffmana nie jest już tak wyrazista i jednoznaczna. Bohater jest przecież człowiekiem z gruntu złym, nie stroniącym od przekrętów i naginania rzeczywistości do własnych potrzeb.(…) Natomiast aktor wykreował postać Hoffmana na człowieka nie tyle złego i brutalnego, ale raczej zagubionego i nie mającego pomysłu na zrobienie czegoś dobrego z własnym życiem.
Kolejnym niejasnym elementem, którym posłużyła się reżyserka, jest ekran, na którym wyświetlani są bohaterowie dramatu przeniesieni wraz ze swymi problemami do wcześniejszej epoki. Prawdopodobnie miało to służyć podkreśleniu ponadczasowości zjawisk przedstawionych w spektaklu. Ekran jednakże wprowadza niepotrzebny zamęt i zagubienie widza. Owej ponadczasowości można się by domyśleć już przy przeniesieniu realiów dramatu do Wałbrzycha.
Jeżeli chodzi o kostiumy i scenografię uważam, że zostały dobrane trafnie i adekwatnie. Niestety, jeśli chodzi o muzykę, czy raczej wrażenia dźwiękowe, użyte zostały w ilościach śladowych i to bez szczególnych powiązań ze spektaklem.
Warto zwrócić również uwagę na postać żony Hoffmana, która nie pojawia się w przedstawieniu; jest swoistym tabu. Nie mówi się o niej głośno, nie widać jej na scenie, jednocześnie ma się wrażenie, że to jedna z głównych bohaterek. Postać wzbudza u widza ciekawość, powoduje napięcie oczekiwania. Jest zagadką.
Moim zdaniem podstawowym mankamentem spektaklu jest niejasna koncepcja reżyserki. Tak naprawdę nie wiadomo, o czym jest sztuka. Poruszanych jest wiele wątków, takich jak alkoholizm, patologie, kazirodztwo, ale żaden nie jest do końca poprowadzony. Reżyserka podjęła wiele problemów, ale są one tylko delikatnie nakreślone, żaden nich nie jest odważnie uwypuklony. Pomimo to spektakl można uznać za udany, dzięki znakomitej grze aktorskiej, broniącej całej sztuki. Kreacje Marty Zięby i Lidii Michałuszek są znakomite i mogą przemawiać do widza, zmuszając do refleksji nad naszym postępowaniem i realiami, w jakich żyjemy.


















