Mentalna drezyna
Świt. Słońce wznosi się coraz wyżej, a pod sklepami spożywczymi zbierają się trzy, czteroosobowe grupki wałbrzyskich bojarów. Z zapyziałych domów wygania ich prosta potrzeba, dzień bankietem otworzyć.
Krążę swoją drezyną po mieście i spotykam ich to w parkowej alejce, to w bramie, to z tyłu sklepu. Stoją pogrążeni w dyskusji, racząc się tanim winem. Znasz ich, to twoi sąsiedzi, koledzy ze szkolnej ławy tworzący scenerię miasta.
Wymięte ubrania, na twarzy kilkudniowy zarost, a nad nimi swoisty aromat zabijający owady skuteczniej niż wiodące na rynku środki renomowanych firm. Znasz ich. Wiesz, że ten w poplamionej marynarce mógł być wybitnym sportowcem, a ten w wymiętych spodniach ładnie rysował.Dlaczego wtapiają się w krajobraz dzielnicy?To pytanie, niczym rozdzierający mózg chrzęst zżeranych przez upiory historii chrupek, kołacze się boleśnie w głowie. Odwracasz wzrok. Ale upiory już się zbudziły.
Twoje i moje upiory nie mają, jak te ze spektaklu Jana Klaty, historycznego wymiaru. Zrodziły je nasze prywatne niepowodzenia, nieumiejętności czy zaniechania. Jaka jest ich rola, zapytasz. Być może, chronią nas przed klęska, a być może, są tylko wyrzutem sumienia.
Kolejarz


















